Hołownia: "Oto, co musiałbym napisać w kolejnym 'Newsweeku': jak się chce tak dąć temat, to..."

- Nie sądzę, że Kościół jest świętą krową, której nie można krytykować. Co więcej - zdrowa krytyka z pewnością wyjdzie mu na dobre. Tyle że krytykować to trzeba umieć - pisze na blogu Szymon Hołownia. Uzasadnia też, czemu zdecydował się odejść z pracy w tygodniku.
Hołownia na swoim blogu zrobił to, co - jak napisał - musiałby zrobić w ostatnim numerze "Newsweeka", z którego właśnie odszedł: odniósł się do artykułu tygodnika dotyczącego księży z dziećmi.

"Lead sugeruje, że polscy księża rano odprawiają mszę, później zaś jadą wychowywać swoje dzieci, nikt się temu nie dziwi i 'tak to po prostu jest'" - pisze. I punktuje: tekst nie potwierdza tezy, jakoby Kościół tolerował podwójne życie księży, a przedstawiona historia anonimowego księdza A., który troszczy się o swoje dzieci, jest po prostu... wzruszająca.

Ksiądz A., czyli... człowiek

Szymon Hołownia pisze, że żałuje, że prawdopodobnie nigdy nie będzie można dowiedzieć się, kim jest wspomniany ksiądz. "Może byłbym w stanie (piszę bez ironii) zorganizować mu jakąś doraźną pomoc. Bo on nie jest koronnym dowodem na jakąś tezę, on jest człowiekiem, który jakoś się w życiu pogubił, ale ma wszelkie szanse znowu się w nim odnaleźć. Tak jak odnalazł się ksiądz B. i ksiądz C., którzy mieli kobiety, i jeden został księdzem, a drugi przestał nim być, a których historię chętnie (ale też anonimowo) opowiem. Oraz księża od D. do Ź., o których słyszałem, którzy żyją w celibacie, wybrali go (dobrowolnie) i są szczęśliwym ludźmi" - dodaje.

Publicysta zapewnia jednak, że słynny już przypadek z Poznania, gdzie ksiądz nie wezwał pogotowia do swojej rodzącej partnerki, a gdzie dziecko porodu nie przeżyło, on sam traktuje jako patologię i sprawę dla prokuratora. Pyta też, czego konkretnie miałby dowodzić ten przytoczony przez "Newsweek" przykład? I sam odpowiada: tego, "że i wśród księży są ludzie, którzy mają nierówno pod kopułą".

Argument "no w Polsce się pije" nie broni żadnej tezy

Hołownia odniósł się też do głosów, które przytacza autorka "Newsweeka" w tekście o księdzu A. Konkretnie do komentarzy ks. Wojciecha Lemańskiego oraz ks. Piotra Dzedzeja: "Wartość poznawcza ich wypowiedzi jest analogiczna do stwierdzenia: 'no w Polsce się pije'. Czy to wystarczy, żeby bronić tezy 'Polska to naród alkoholików'? Oczywiście, że nie" - komentuje publicysta.

Odnosi się też do prof. Józefa Baniaka, na którego wyniki badań powołuje się tygodnik i wybija, że "60 proc. polskich księży utrzymuje kontakty seksualne z kobietami" oraz że "10-15 proc. księży w Polsce ma dzieci ze swoimi partnerkami". "Co to znaczy?" - pyta Hołownia. "Czy można by poznać pytanie zadane przez pana profesora? Czy pytał o to, czy ksiądz uprawiał w życiu seks, czy o to, czy żyje w stałej relacji z kobietą, bo to jednak dwie różne sprawy? Czy pan profesor mógłby wyjaśnić, czy to prawda, że badania wyglądały w ten sposób, że rozesłał do księży około trzystu ankiet, z których odpowiedziała na nie mniej więcej połowa (ci, co z jakichś powodów chcieli mu odpowiedzieć)? Jeśli to nieprawda - jak wyglądała metodologia badania? Jeśli prawda - jakie daje podstawy do formułowania statystycznie istotnych wniosków odnośnie do liczącej 30 tys. chłopa populacji polskich księży?".

"Krytykować to trzeba umieć"

Publicysta na swoim blogu podkreśla: sam przytoczony w "Newsweeku" profesor zauważa, że jego badania nie są podparte twardymi danymi, a najnowsze statystyki są dopiero w trakcie opracowania. "Więc może umówmy się tak, że ja profesorowi uwierzę, jak już będzie je miał, a historie uznam za prawdziwe, jak zobaczę spisane, zobowiązując się do zachowania tajemnicy dziennikarskiej. Na razie przyznając im rangę, z jaką traktuję plotki" - dodaje Hołownia.

I podsumowuje apelem do tygodnika Tomasza Lisa: "Umiłowani Koledzy! Ja naprawdę nie sądzę, że Kościół jest świętą krową, której nie można krytykować. Co więcej - zdrowa krytyka z pewnością wyjdzie mu na dobre. Tyle że krytykować to trzeba umieć, a jak się chce tylko za wszelką cenę demaskować i dąć temat, bo pojawił się 'zaczep' w postaci szokującej, patologicznej poznańskiej historii, to się kończy tak jak się tu skończyło".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM