Nasz dziennikarz pisze, dlaczego jedzie na Woodstock, a nie na Openera. Na czym polega fenomen imprezy Owsiaka?

Kiedy czytacie ten tekst, ja jestem już w pociągu do Kostrzyna. Jadę tam mimo rzekomo wszechobecnego brudu, braku modnych gwiazd i "niebezpieczeństw". I będę się świetnie bawił. Skąd bierze się więc fenomen Przystanku Woodstock?
Pierwszy Przystanek Woodstock odbył się w dniach 15-16 lipca 1995 roku w Czymanowie. Na miejscu zjawiło się wtedy 30 tysięcy osób, dla których wystąpiły polskie gwiazdy lat 90. - IRA, Myslovitz i Urszula - oraz kilkanaście mniej znanych zespołów. Od tego czasu przez 17 lat swojego istnienia festiwal rozrósł się do gigantycznej imprezy, która w 2011 roku - według szacunków policji - gościła około 700 tysięcy osób.

To imponująca liczba. Najpopularniejszy z polskich komercyjnych festiwali - Open'er - przyciąga co roku około 100 tysięcy osób. Jest to częściowo uwarunkowane cenami biletów - czterodniowy karnet kosztuje prawie 400 złotych. W zamian jednak goście mają okazję obejrzeć występy gwiazd, takich jak Fatboy Slim, Archive, Jay-Z czy Massive Attack.

Wydawałoby się, że same zespoły, które odwiedzają Open'era, powinny być wystarczającym bodźcem, aby przyciągnąć do Babich Dołów nieporównywalnie większą widownię niż Przystanek Woodstock. Czemu zatem wygląda to inaczej? Powodów są zapewne dziesiątki, jednak wydaje mi się, że cztery z nich mają tutaj kluczowe znaczenie.

"Bo Woodstock jest darmowy"

Nie da się ukryć, że dla wielu osób najważniejsza jest cena. Wielu osób zwyczajnie nie stać na drogie festiwale (jak chociażby uczniów czy studentów), inni twierdzą, że wolą wydać te kilka stów na piwo i pamiątki. Nie znaczy to jednak, że targetem festiwalu są wyłącznie ludzie bez grosza przy duszy.

Są ludzie, którzy na Woodstocku potrafią zostawić naprawdę spore pieniądze - płacąc na przykład za paliwo, parking, pole namiotowe i nie ograniczając się w wydatkach. Dla nich te kilkaset złotych to żadna oszczędność, jednak najzwyczajniej w świecie wolą wydać je na dobrą zabawę na festiwalu zamiast na koncerty popularnych wykonawców.

Gdy zaczynałem jeździć na Woodstock, nie byłem nawet na studiach, a mój budżet festiwalowy wynosił około 200 złotych, więc nietrudno mi zrozumieć argument ekonomiczny. Moja wizyta na Open'erze - choć przyniosła mi wiele radości ze świetnej muzyki - pochłonęła ok. 200-300 zł więcej niż obozowanie w Kostrzynie przez 5 dni. Miałem do wyboru albo to, albo powstrzymywanie się od jedzenia przez cały dzień. Skąd zresztą można płynnie przejść do kolejnego powodu...

"Bo nie ma tylu represyjnych zasad co na płatnych festiwalach"

Rozumiem, że organizatorzy gigantycznych eventów - tacy jak np. Alter Art - muszą na siebie zarabiać. Na tym polega cały fenomen gospodarki rynkowej. Problem w tym, że w odczuciu wielu osób - w tym moim - nie jest to uczciwy sposób robienia pieniędzy. Dlaczego?

Rozmaite ograniczenia zaczynają się już od momentu wejścia na festiwal. Jest się przeszukiwanym, pozbawianym jedzenia i picia (bo przecież butelka wody i dwie kanapki to wielkie straty finansowe dla organizatorów), sprawdzanym na ewentualność posiadania rozmaitych "nielegalnych" przedmiotów. Na Sonisphere jeden z ochroniarzy próbował odebrać mi tabakę, twierdząc, że jest to używka zakazana. Odpuścił dopiero wtedy, gdy powiedziałem, że nie zamierzam wyjść z kolejki, dopóki nielegalności specyfiku nie potwierdzi jego przełożony.

Podobne cuda dzieją się na polach namiotowych. Na Jarocinie swego czasu obowiązkowe było rozbijanie się według określonego porządku, w rzędach przypominających upiorne, wielokolorowe grządki. Przy wejściu rekwirowano także alkohol, łaskawie zostawiając coś do jedzenia. Oczywiście zakazy można było w kreatywny sposób obchodzić, ale w zasadzie jaki jest ich cel, poza zmuszaniem gości do kupowania jedynych słusznych napojów i potraw?

Przystanek Woodstock nie jest imprezą anarchistyczną - na polu obowiązują określone zasady, takie jak chociażby zakaz używania otwartego ognia lub zakaz wnoszenia wysokoprocentowych alkoholi. Jednak te zasady wydają się wynikać ze zdrowego rozsądku, a nie chęci nabicia sobie kabzy. Dla wielu gości festiwalu nie jest to obojętne.

Inną kwestią są zakazy dotyczące zachowania się pod sceną. Na nowoczesnych, hiperbezpiecznych i atestowanych imprezach zarówno pogo, jak i crowdsurfing są wykluczone, bo stwarzają zbyt wielkie ryzyko dla gości. Integralności cielesnej uczestników strzegą także kilometry stalowych barierek i barczyści ochroniarze (to, że okazjonalnie zdarza im się kogoś pobić, wydaje się nie wpływać na statystyki dotyczące bezpieczeństwa).

Tymczasem na Woodstocku panuje w tym temacie pełna wolność, co zostało w zeszłym roku skrytykowane przez zespół Prodigy i połowę branży festiwalowej (która nie mogła się powstrzymać od wygłoszenia uszczypliwej uwagi dotyczącej konkurencji). Mimo to, jak mówią statystyki, przez Woodstock przewijają się rocznie setki tysięcy osób, które potem w zdecydowanej większości wracają do domu całe i zdrowe.

W historii festiwalu zdarzały się nieszczęśliwe wypadki. Jednak mimo braku zakazów i barierek Woodstock nie stał się polskim Roskilde, a sprawozdania Pokojowego Patrolu i służb medycznych mówią jednoznacznie - festiwal jest coraz bezpieczniejszy. A to buduje zaufanie gości i sprawia, że chętnie tam wracają.

"Bo jest nieskażony współczesną komercją"

Nie każdego kręci Fatboy Slim, a niektórych wręcz odrzuca na widok (i dźwięk) Nicki Minaj. Inni z kolei uważają, że heavy metal czy reggae to nudziarstwo w porównaniu z dubstepem i indie (czegokolwiek ta enigmatyczna nazwa nie oznacza). Woodstock przyciąga osoby zaliczające się do pierwszej z tych grup. Nie oczekują oni niesamowitych gwiazd ani nowości.

Oczywiście występ nowej, energicznej grupy jest zawsze pozytywnym zaskoczeniem, jednak na ten festiwal jeździ się dla klasyków. Przykurzone kapele, takie jak Guano Apes czy Papa Roach, na gigantycznej woodstockowej scenie odzyskują dawne brzmienie i dawną moc. Zapomniani prekursorzy popularnych gatunków muzyki - Ministry czy Clawfinger - mają szansę ponownie wystąpić przed wielotysięczną publicznością. To budzi naprawdę wielkie emocje.

Innym przejawem "komercji" są wszechobecne na płatnych festiwalach reklamy. Oczywiście na Woodstocku też z roku na rok jest ich coraz więcej. Goście starają się jednak to zaakceptować, ponieważ mają pewność, że dzięki nim impreza pozostaje bezpłatna.

Tymczasem na komercyjnych eventach uczestnicy są dosłownie zalewani przez reklamy, często swoim rozmachem dorównujące tym ze skrzyżowania Alej Jerozolimskich z Marszałkowską. Słuchając występu Cypress Hill na Open'erze, w przerwach miałem wątpliwą przyjemność słyszeć łupankę wydobywającą się z namiotu klubowego sponsorowanego przez jeden z koncernów tytoniowych. Po zapłaceniu kilkuset złotych za bilet człowiek spodziewa się jednak czegoś innego.

"Bo to okazja do wykazania się"

Jest jeszcze jeden bardzo istotny typ ludzi, którzy odwiedzają Woodstock każdego roku. To wolontariusze pracujący dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Uczestnicy Pokojowego Patrolu, którzy pod okiem swoich bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów uczą się organizacji wielkich imprez. Ludzie z medycznego patrolu, nierzadko studenci medycyny czy ratownictwa medycznego, którzy przez kilka dni pracują w pocie czoła, aby inni mogli się dobrze bawić.

Dla nich wszystkich to świetna okazja do wykazania się i zdobycia doświadczenia. Co prawda nie mogą uczestniczyć w więcej niż kilku koncertach, a z imprezy wracają bardziej zmęczeni niż przed nią, ale musi to dawać niesamowitą satysfakcję. Trudno inaczej wytłumaczyć fakt, że mimo tych wszystkich niedogodności nierzadko decydują się zrobić to ponownie.

"Bo to świetna zabawa"

Ostatni - i najważniejszy - powód, dla którego Woodstock przyciąga co roku setki tysięcy ludzi, to po prostu dobra zabawa. Festiwal nie ogranicza się tylko do piwa, koncertów i pływania w błocie - jak próbują go przedstawiać niektóre media. Można też wziąć udział w rozmaitych warsztatach, spotkaniach czy konkursach. Przejść się na spacer do Twierdzy Kostrzyn. Możliwości jest naprawdę wiele, a wszystkim towarzyszy przyjazna wakacyjna atmosfera.

Bo Woodstock to - w moim odczuciu - przede wszystkim ludzie, którzy się tam zjawiają. Podobnie czułem się, gdy w Warszawie odbywało się Euro 2012. Nagle stolicę zapełniły tysiące wesołych i pomocnych ludzi. To właśnie esencja tego festiwalu. Potrafię zrozumieć, że atmosfera ciągłej imprezy i perspektywa noclegu pod namiotem może odstraszać wiele osób. Ale zupełnie nie pojmuję, skąd co roku biorą się żarty typu: "Jedziesz na Woodstock? Przynajmniej wysadź się w tłumie" lub opowieści o tym, że na festiwalu jest brudno i nikt się nie myje.

Podczas szczególnie gorącego lata - w 2010 roku - myłem się na Woodstocku trzy razy dziennie. Naprawdę. Wystarczy chcieć i przecierpieć odrobinę zimnej wody na grzbiecie. Wbrew stereotypom, nigdy nie zdarzyło mi się także pływać w błocie lub leżeć zarzyganym przy drodze. Nie twierdzę, że takich rzeczy tam nie ma, bo widziałem je na własne oczy. Ale ocenianie Woodstocku przez pryzmat takich zjawisk to gigantyczne nadużycie.

Nie twierdzę, że Przystanek Woodstock to festiwal idealny, bo coś takiego zwyczajnie nie istnieje. Nie jest to też impreza dla każdego. Budują ją specyficzni ludzie, mający specyficzne potrzeby - takie jak chociażby brak bezsensownych zakazów czy obecność gwiazd starej daty.

Dla części uczestników taki typ festiwalu to coś w rodzaju powrotu do korzeni, pewnego rodzaju łącznik z oryginalnym Woodstockiem z 1969 roku. Używając terminologii kibicowskiej, można stwierdzić, że stereotypowi goście Open'era czy Jarocina to dla nich "pikniki". Jednak dla znakomitej większości Woodstock to po prostu okazja do świetnej zabawy i wyluzowania się po całym roku nauki czy pracy. I takim powinien pozostać.

DOSTĘP PREMIUM