Prywatyzacja Polskich Kolei Linowych. "To nie jest wrogie przejęcie"

Górale się podzielili w związku z prywatyzacją PKL. Zakopane kontra konsorcjum składające się z czterech gmin i Słowaków. Murem za Zakopanem stanął PiS. Szef TMR Bohus Hlavaty przekonuje, że nie są żadnym wrogiem, a przejęcie PKL pozwoli na większą konkurencję całych Tatr wobec ośrodków alpejskich.
Chcecie przejąć kolejkę na Kasprowy. Jak pan przewiduje współpracę z polskimi ekologami?

Bohus Hlavaty: Dla nas jest ważne wejście na rynek polski. To najważniejszy krok, zrobiliśmy najważniejsze ośrodki na Słowacji i logicznym krokiem jest wejście na rynek polski, żeby zrobić firmę średnią europejską. Dlatego, że mamy dużo klientów z Polski i widzimy, że tam jest duży potencjał, i widzimy możliwości rozwoju, ale nie tylko Kasprowego. PKL to jest 6 ośrodków, a Kasprowy to myślę, że to temat społeczny. Mówi się, że Kasprowy jest świętą górą narciarzy i albo to będzie święta góra narciarzy, albo to będzie park narodowy, i będzie to działało tak, jak działa dzisiaj, i my nie mamy oporów. Dla nas nie jest ważna zmiana Kasprowego na jakiś duży ośrodek. To rzecz społeczna i muszą się wypowiedzieć wszyscy: ekolodzy, ludzie, narciarze, turyści i mieszkańcy Zakopanego. Po prostu wszyscy. Tak samo było z Łomnicą. Albo można było zostawić stare, albo przejdą modernizację. Bez naśnieżania nie ma na tej wysokości narciarstwa. Po dwóch latach rozmów udało się i dogadaliśmy się na jakiś kompromis.

Ważne są sprawy własnościowe, jak np. na Gubałówce. Zakup jest odbierany jako wrogie przejęcie. Czy jesteście przygotowani na protesty, bo część ludzi odbiera was jako agresora?

- To bardzo źle, że tak jesteśmy odbierani, bo nie o to chodzi. Jestem bardzo zdziwiony, że tak to jest odbierane. My nie chcemy na siłę gdzieś wejść. Zakopane to nie są tylko mieszkańcy. Zakopane jest całej Polski. Ludzie powinni się wypowiedzieć, co jak ma być. Z drugiej strony szanujemy własność prywatną i mamy dużo doświadczeń ze Słowacji. Zdajemy sobie sprawę, że to nie jest sprawa prosta, ale wierzymy, że Polacy nie są inni niż Słowacy. Chodzi o to, żeby ktoś słuchał i żeby chciał zrozumieć, o co danym ludziom chodzi, i żeby znalazła się droga, która jest dla wszystkich wspólna.

Jak układa się współpraca z gminami, z którymi założyliście konsorcjum?

- Muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony, jak te gminy się zachowały. Byłem bardzo zdziwiony, jak burmistrzowie i wójtowie podeszli do współpracy, bo to są ludzie, którym bardzo zależy na tym, żeby ich gminy się rozwijały. Widzą, że za dużo innych szans na biznes niż ruch turystyczny w tej części Polski nie można zrobić. Muszę powiedzieć, że bardzo dobrze układa się ta współpraca.

Powołanie ze strony Zakopanego konkurencyjnej spółki?

- Myślę, że mają do tego święte prawo, bo to ważna spółka na ich terenie. Cieszę się też, że jest konkurent. To lepiej dla państwa, rządu, jeśli jest więcej oferentów, bo uzyskają lepsze warunki. Jeśli PKL pozostanie państwową firmą, to na pewno ruch turystyczny nie będzie się tak szybko rozwijał, jak to będzie firma prywatna. Ruch turystyczny w Alpach w ostatnich 20-30 latach przeszedł bardzo poważny rozwój. To poziom, do którego musimy dążyć. Nie można zostać z jednym wyciągiem w jednej miejscowości, bo to nie będzie żadna konkurencja.

Jakie inwestycje powstaną w poszczególnych gminach?

- Z każdą z tych gmin uzgodniliśmy konkretne działania. W Zawoi trzy kolejki, w Szczawnicy jedna więcej, rozbudowa. To miliony złotych, które chcemy zainwestować, a musimy, żeby być konkurencją dla Alp, bo wtedy i Polacy, i Słowacy, i Czesi będą tam chętniej jeździć. Naszym głównym problemem jest przejąć PKL i inwestować. PKG może przejąć, ale nie wiem, czy będą mieli fundusze na inwestycje. Może poza Kasprowym, który jest pod dużym wątkiem ekologów.

Początkowo planowaliście współpracę z Zakopanym.

- Każdy ma prawo wyboru. Będziemy patrzeć, jak im się uda poskładać środki do zakupu, gdy dojdzie do prywatyzacji. W Słowacji bez akwizycji zainwestowaliśmy 150 mln euro. Słowacja jest mniejsza niż Polska. Zależy, jakie ośrodki nam się uda odzyskać. To jedyna droga, by było to konkurencyjne dla Alp. W Słowacji w związku z prywatyzacją początkowo też był opór, a teraz wszystko dobrze się rozwija.

Nie obawia się pan kryzysu?

- Nasze plany są związane z ogólną sytuacją, ale trzeba pamiętać, że nasz ruch turystyczny to nic w porównaniu z ruchem w całej Europie. Te liczby narciarzy, którzy wyjeżdżają w Alpy, są niesamowite. Ruch z Ukrainy, Białorusi też wzrasta. My w tym roku mieliśmy dwa razy więcej turystów z Ukrainy. Zaletą jest lotnisko w Popradzie. Tam może każdy samolot wylądować. Wiem, że zawahania będą, ale wierzę, że tu można zbudować ruch turystyczny porównywalny z Alpami.

Czy nie będzie tak, że będziecie bardziej dbać o Słowację?

- My zdajemy sobie sprawę, że Zakopane jest potentatem. Ludzie tam będą jeździli. Chcemy pójść za klientem. Zakopane będzie ciągle Zakopanem. Polacy są o wiele bardziej przedsiębiorczy niż Słowacy. To duży potencjał. Tylko ta przedsiębiorczość ma pozytywy i negatywy. Są przedsiębiorczy, ale wszyscy robią mały biznes. To wada. Nie ma dużej firmy, która inwestowałaby w infrastrukturę. Czekamy, co będzie z tą prywatyzacją. Poprzez media zrobiło się z nas wroga, a my nie jesteśmy żadnym wrogiem. Tatry są jedne, a granice mamy gdzieś w głowach.

DOSTĘP PREMIUM