Uliczny bard ukarany mandatem. ''To kuriozum na skalę światową''

Uliczny bard grający na poznańskim Starym Rynku został ukarany mandatem. Ma zapłacić 200 złotych kary, bo jego muzyka była za głośna i przeszkadzała innym. Najbardziej restauratorom, bo to oni domagali się, by artysta został ze Starego Rynku usunięty. I dopięli swego.
Tadeusz Lis od wielu lat gra na ulicach i deptakach, nie tylko w polskich miastach, ale i za granicą. Wielokrotnie dawał koncerty w Berlinie, czy Monachium. W wielu miejscach, gdzie się pojawiał, zdobywał sobie grono wiernych słuchaczy. Także na poznańskim dworcu głównym. - W miesiącu mam tutaj milionową widownię, ale istnieję też w całej Polsce, mojej muzyki wszędzie chętnie słuchają. W Berlinie podchodzi do mnie pewien Niemiec i mówi mi: ja pana znam, pan jest z Poznania. Nieraz po koncercie datki wrzucali mi policjanci i gratulowali wykonania, tak im się podobało to moje granie - opowiada artysta.

Za głośno! Mandat 200 zł

Niestety, to w jego rodzinnym Poznaniu niedawno spotkało go przykre wydarzenie. Na ulicznego barda grającego na Starym Rynku doniósł jeden z restauratorów. Bo, jak twierdził, jego gościom przeszkadzało zbyt głośne granie muzyka. Tadeusz Lis śpiewa, używając wzmacniacza podłączonego do głośnika. - Straż miejska otrzymała albo od jednego z pracowników restauracji, albo kogoś z gości telefon z prośbą o interwencję - mówi TOK FM Rafał Łopka, rzecznik Urzędu Miasta. - Osoba ta poskarżyła się, że artysta przeszkadza w tym miejscu, zakłócając ciszę - tłumaczy Łopka.

Na miejscu strażnik wystawił ulicznemu bardowi mandat karny w wysokości 200 złotych. Dla Tadeusza Lisa, rencisty, który choruje na cukrzycę, to kolosalna kwota. - Dla mnie ten mandat to jakiś ewenement, przez te kilkadziesiąt lat grania po raz pierwszy spotkało mnie coś takiego. Poza tym ja przecież nic złego nie robiłem. Dlaczego ktoś uważa, że ja przeszkadzałem, skoro za swoją grę wielokrotnie dostawałem od ludzi brawa - mówi rozgoryczony muzyk.

"Strażnik zachował się tak, jak nakazuje mu prawo"

Rafał Łopka zwraca jednak uwagę, że straż miejska nie mogła postąpić inaczej. - To była typowa interwencja obywatela, który twierdził, że to granie mu przeszkadza, zakłóca jego spokój. Każdy z nas ma prawo złożyć taką skargę, a strażnik zachował się tak, jak nakazuje mu prawo - tłumaczy. Według Łopki, na artystę już wcześniej skarżyli się okoliczni restauratorzy. - Myślę, że skarg nie byłoby, gdyby ten pan grał bez mikrofonu i wzmacniacza, tak jak inni muzycy - dodaje rzecznik poznańskiego magistratu.

Takiej sytuacji nie wyobraża sobie jednak Tadeusz Lis. Bo, jak mówi, bez głośnika nie będzie się w stanie przebić się w miejskim hałasie. - Bez wzmacniacza na Starym Rynku ja nie będę istniał. Tam jest taki gwar, tyle wzmacniaczy tych wszystkich pubów i restauracji, które puszczają o wiele głośniejszą muzykę niż ja, zagłuszają mnie. To co ja mam zrobić? - pyta uliczny bard.

"Ten pan przesadził, miał kolumny wysokości 1 metra"

Ci, którzy bywają na Starym Rynku i nieraz słyszeli muzykę Tadeusza Lisa, mają bardzo różne zdania. Pan Adam podkreśla, że muzyka lat 60. i 70., którą wykonywał Lis, podobała mu się. - Przecież jesteśmy na Starym Rynku, tutaj jest miejsce na różnorodność, ktoś gra na akordeonie, a inny na gitarze. Widziałem, że ludzie zatrzymywali się przy nim, słuchali go, klaskali, potem rzucali pieniądze. To pewnie im się podobał - mówi.

Innego zdania są restauratorzy, których uliczny bard tak bardzo denerwował. Jak mówi Krzysztof Wabiński, menedżer jednego z lokali, swoją głośną muzyką artysta odstraszał klientów. - Przychodzili i skarżyli się na niego, niektórzy opuszczali nasz ogródek i szli sobie dalej. A my przez to traciliśmy - mówi menedżer. Jego zdaniem muzyk powinien grać zdecydowanie ciszej. - Ten pan przesadził, miał kolumny wysokości 1 metra, to było wobec na nas nie fair - dodaje Wabiński.

Ukarany artysta od kilku dni nie pojawia się już na rynku, ku zadowoleniu restauratorów. - Odczuliśmy ulgę, jest miło i spokojnie, a goście nie uciekają - potwierdzają kelnerzy pracujący na Starym Rynku.

"Kara dla artysty to kuriozum na skalę światową"

W obronie Tadeusza Lisa wystąpiło Polskie Towarzystwo Artystów, Autorów i Animatorów Kultury (PTAAAK). Bo ich zdaniem zachowanie właścicieli knajpek wobec ulicznego barda było skandaliczne. Krzysztof Wodniczak, prezes Towarzystwa, uważa, że mamy do czynienia z precedensem. - To jest pierwszy przypadek w Polsce, a może i Europie, by karano mandatem artystę. To kuriozum, które zasługuje tylko na obśmianie - mówi Wodniczak.

Zarzuty o zbyt głośną muzykę graną przez Tadeusza Lisa uważa za bezpodstawne. - Jego wzmacniacz bateryjny ma 12-15 decybeli, a prawdziwa głośność, uznawana przez naukowców za hałas, zaczyna się dopiero od 127 decybeli - tłumaczy prezes PTAAAK. Wodniczak nie ma wątpliwości, że sprawa z mandatem dla artysty zaszkodzi wizerunkowi Poznania. Mówi, że już odbiła się w polskiej i światowej prasie muzycznej. - Świadczą o tym takie tytuły jak: Muzycy omijajcie Poznań. W tym mieście za granie dostaniecie mandat. W Poznaniu nie ma atmosfery dla muzyków ulicznych - cytuje Wodniczak. Jego obaw nie podziela Rafał Łopka: - Nie zakładam, że takie sytuacje będą miały miejsce częściej. A pan Lis może się zawsze odwołać od nałożonego mandatu lub jego wysokości.

W obronie poznańskiego barda Krzysztof Wodniczak wysłał już list do prezydenta Ryszarda Grobelnego. Zwraca w nim uwagę, że w tym samym czasie, w którym w Poznaniu trwa Międzynarodowy Festiwal Gitarowy, jeden z czołowych poznańskich gitarzystów dostaje karę, za to, że gra w przestrzeni miejskiej.

- Może strażnicy miejscy powinni tak samo ukarać tych 300 gitarzystów, którzy na zakończenie festiwalu Polskiej Akademii Gitary zagrali wspólny koncert właśnie na starym rynku - pyta żartobliwie Wodniczak.

DOSTĘP PREMIUM