"Wojna z wózkowymi" Mikołejki? "Dawno nie czytałam tak naładowanego wstrętem i pogardą tekstu..."

- Profesor Mikołejko w swoim ostatnim felietonie sam stworzył problem, z którym zaczął walczyć. Pisze o matkach-"wózkowych", które są wojownicze, dzikie i ekspansywne. Ale to wszystko można powiedzieć o jego felietonie - mówi w rozmowie z TOK FM Anna Dryjańska z Fundacji Feminoteka.
A chodzi o felieton z ostatniego numeru "Wysokich Obcasów Extra ", w którym prof. Zbigniew Mikołejko wypowiada "wojnę" grupie młodych matek, które sam określa mianem "wózkowych". Sam filozof tak definiuje "wózkowe": "Te nigdy niedomknięte furtki. Dzieciaki puszczone samopas, gdziekolwiek, a najlepiej na mój trawnik. To ich durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich - przynajmniej we własnym mniemaniu - królowe balu".

"Wózkowe" w tej definicji "idą i gdaczą", "stroją fochy, uważając się za Bóg wie co", "pytlują nieprzytomnie, gdy tymczasem ich potomstwo obrzuca się piachem", "rozkoszują się własnym klekotem i wrzaskiem swych pociech", a dzieci "są im potrzebne do tego, aby coś znaczyć. Być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszenia społecznych reguł" - pisze Mikołejko.

"Filozofia rodem z piaskownicy"

Z krucjatą filozofia nie zgadza się jednak Anna Dryjańska z Fundacji Feminoteka. - Profesor zatytułował swój felieton "Wojna z wózkowymi"? Myślę, że powinien brzmieć "Filozofia rodem z piaskownicy". Dawno nie przeczytałam tak naładowanego wstrętem, odrazą, agresją, pogardą tekstu - mówi.



- Naprawdę, czytając to, miałam wrażenie, że profesor jest pełen goryczy i zacietrzewienia wobec grupy kobiet, którą arbitralnie wyróżnił spośród społeczności matek - kontynuuje nasza rozmówczyni. - Stworzył problem, z którym teraz sam walczy i to w stylu, który nie jest wzorem do prowadzenia debaty publicznej. Pisze, że wózkowe są wojownicze, dzikie i ekspansywne, ale to wszystko słowa, którymi można by określić jego felieton. Rozumiem, że profesor miał poważny problem, bo kilka dzieci weszło mu na trawnik, ale wychodzenie na front z powodu takiego błahego zdarzenia wydaje mi się czymś dziwnym. Wpasowuje się to w totalną nagonkę na kobiety - podkreśla.

Jej zdaniem pośród matek, tak jak pośród wszystkich ludzi, są osoby niekulturalne i roszczeniowe. - Tak, to prawda - macierzyństwo nie uświęca kobiety i nie robi z niej chodzącego ideału. Ale są też niekulturalni dziennikarze czy wykładowcy. W każdej grupie zawodowej i społecznej można znaleźć osoby niekulturalne i nieliczące się z innymi - zaznacza Dryjańska. - Natomiast to, z czym mamy ostatnio do czynienia, to kompletna nagonka na kobiety. Nie tak dawno "Gazeta Wyborcza" pisała o wyłudzaniu świadczeń przez ciężarne, a tymczasem w kraju mamy rekordową liczbę rencistów, osoby publiczne, które mają być zwolnione zapadają na ciężkie choroby i są miesiącami na zwolnieniu L4. A tutaj? Toczy się dyskusja o kobietach. Potem pani w telewizji mówi, że młode kobiety nie sprzątają i są powodem bałaganu w domu. Teraz pan profesor toczy swoją prywatną wojnę o trawnik na łamach prasy. Zawsze jest więc powód, żeby przywalić kobietom: czy siedzą w domu, czy realizują się zawodowo. Powód się znajdzie.

Powstrzymać się od krytyki?

Ale czy powinniśmy powstrzymać się od krytyki niekulturalnych młodych matek tylko dlatego, że są młodymi matkami? - Nie, absolutnie nie - twierdzi Dryjańska. - Ale z felietonu Mikołejki wynika, że profesor jest na wojnie. A trzeba przykładać właściwą miarę. Oczywiście rozumiem wzburzenie profesora, bo to jego trawnik. Ale bez przesady. Np. jeden niekulturalny profesor nie powoduje przecież, żebym nagle zaczęła toczyć wojnę z chamskimi profesorami. Bez przesady.

A co z samorealizacją młodych matek? - Jest przymus kulturowy macierzyństwa wobec kobiet - twierdzi nasza rozmówczyni. - Kobieta, która nie chce być matką uważana jest za wybrakowaną. Jest takie przekonanie, że to najważniejsza funkcja, w jakiej musi się spełnić. W związku z dyskursem, że to takie najważniejsze, niektóre kobiety miały pokusy, żeby w starciu z nieprzyjemnym światem zewnętrznym, w którym doświadczają dyskryminacji, w którym trzeba umieć tupnąć nogą i zawalczyć o swoje, żeby wejść w domowe pielesze i tylko temu się oddać. Teraz jednak coraz więcej kobiet realizuje się zawodowo. Zresztą w przypadku mężczyzn też jest coś takiego, że założenie rodziny odwodzi ich od samorealizacji - mówi.

I podsumowuje: - Wiele kobiet i mężczyzn chciałoby się rozwijać zawodowo i osobiście, mając małe dziecko. Ale w sytuacji, kiedy tylko 3 proc. polskich dzieci w wieku żłobkowym może do tych żłobków iść, bo nie ma więcej miejsc, to o czym my mówimy? Ktoś tym dzieckiem musi się zająć. Kobiety nie mogą się realizować, bo państwo nie zapewnia im struktury opiekuńczej. To tak, jakby oczekiwać, że ktoś, kto jest głodny zacznie pisać świetne wiersze. Nie, są potrzeby pierwszej konieczności.

DOSTĘP PREMIUM