Im więcej SMS-ów się wysyła, tym bardziej się ich potrzebuje. I coraz trudniej bez nich wytrzymać [KOMENTARZ SEKSUOLOGA]

Jak to się dzieje, że ludzie wydają fortuny, by miesiącami SMS-ować z osobami, których nie znają? - Część domyśla się, że, jak SMS kosztuje 6 złotych, a od drugiej osoby nie da się uzyskać normalnego numeru telefonu, to nie jest to prawdziwa relacja. Ale podświadomość robi swoje, a oni bardzo chcą uwierzyć w miłość - mówi Radosław Jerzy Utnik, seksuolog. O osobach, które pracują po 8-10 godzin dziennie, naciągając innych na SMS-y: - To zajęcie bardzo "brudne".
Wczoraj opublikowaliśmy wywiad z pracownikiem firmy naciągającej ludzi na towarzyskie SMS-y. - To ogromny biznes. Dziennie dostawaliśmy nawet 100 tysięcy SMS-ów po 4-6 złotych - mówił Kamil. I dodawał, że ludzie - zwłaszcza kobiety - uzależniają się od korespondowania z fikcyjnymi mężczyznami. - Była kobieta, która podobno sprzedała dom, żeby mieć na SMS-owanie z nami - wspominał. O komentarz poprosiliśmy seksuologa.

Agnieszka Wądołowska: Jak to się dzieje, że ludzie uzależniają się od płatnych, erotycznych SMS-ów, wchodzą w wyimaginowane relacje? To przecież tylko krótkie tekściki. Nigdy nie dochodzi do spotkania.

Radosław Jerzy Utnik, seksuolog: - Człowiek ma zawsze dwie sfery - świadomość i podświadomość. Bywa, że ktoś zdaje sobie sprawę, że takie SMS-y to zwykłe naciąganie. Domyśla się, że, jak SMS kosztuje 6 złotych, a od tej drugiej osoby nie da się uzyskać normalnego numeru telefonu, to nie jest prawdziwa relacja. Ale podświadomość robi swoje. Bo bardzo chce uwierzyć w miłość, w możliwość zaspokojenia potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem, zaspokojenia potrzeb seksualnych.

Dlaczego ludzie się od tego uzależniają? Są dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że uzależnieni to osoby, które mają fobię społeczną. Cierpią na lęk przed kontaktem bezpośrednim, mają problemy z budowaniem bliskich więzi, więc kontakty na odległość są dla nich bardziej atrakcyjne. Takim ludziom trudniej jest znaleźć przyjaciół czy partnerów w realnym życiu. Wtedy sięgają po SMS-y.

Jest też druga możliwość: uzależnieni to osoby z zaburzeniami seksualnymi, pragnące poświntuszyć w sposób, który nie byłby akceptowany w typowym związku. Wtedy też najłatwiej jest wybrać SMS-y.

Piszącym takie SMS-y zależy jedynie na zaspokajaniu potrzeb seksualnych?

- Nie tylko. Może również chodzić o poczucie bezpieczeństwa. Mechanizm jest bardzo prosty. Ktoś ma potrzebę, wysyła SMS-a, otrzymuje odpowiedź. Zadziałało na chwilę, więc wysyła kolejnego SMS-a, znów otrzymuje odpowiedź, znów zadziałało, znów śle kolejnego. Po drugiej stronie jest firma, jest tam ktoś wyszkolony do wysyłania wiadomości, które zachęcają do dalszego kontaktu. Wszystkie te wiadomości są nieprawdziwe, nierealne, nierzeczywiste. To są odpowiedzi, których w prawdziwym życiu się nie spotyka. W prawdziwym życiu relacje polegają na pokazywaniu siebie. Prawdziwe relacje nie zawsze dają przyjemność. Bywają w nich kwestie łatwe i trudne, przyjemne i bolesne.

Człowiek, któremu płaci się za rozmowę, nie napisze nic nieprzyjemnego, bo przez to straci klienta. Klient zaczyna więc żyć w świecie zupełnie odrealnionym.

Czym, oprócz straconych pieniędzy, może grozić takie uzależnienie?

- Przede wszystkim utrwaleniem zaburzeń. O tym właśnie opowiadał Kamil. Im więcej SMS-ów się wysyła, tym bardziej się ich potrzebuje. Schemat zaczyna się utrwalać, uzależnionemu jest coraz ciężej bez wysyłania kolejnych wiadomości. Co gorsza, w ślad za tym zaburzeniu ulegają kontakty z innymi ludźmi. Coraz trudniej jest nawiązać normalne, partnerskie relacje. Wreszcie, zaburzeniu może ulec nawet sama osobowość.

Trzeba zauważyć, że relacja, która tworzy się między uzależnionym a "partnerem" od SMS-ów, jest związkiem nierównoprawnym. Nie jest oparta na partnerstwie czy równości, tylko na prostym wykorzystywaniu. Bo przecież płacimy za te SMS-y, i to więcej, niż one są warte. W dodatku dostajemy dopieszczenie wszystkiego, czego tylko chcemy. W życiu realnym nie ma relacji, w których druga osoba akceptuje nas w każdym możliwym wymiarze.

Jakie osoby mogą być szczególnie narażone na wpadanie w taki rodzaj uzależnienia?

- Na pewno bardziej narażone są osoby z "zimnych domów", w których nie było ciepłych i bliskich relacji z rodzicami, rodzina była niepełna albo rodzice po prostu byli wiecznie zajęci pracą i nie interesowali się dzieckiem. Dużo łatwiej mogą się uzależnić osoby z rodzin, w których dochodziło do przemocy czy uzależnień. Tacy ludzie nie uczą się zaspokajać potrzeb emocjonalnych w naturalny sposób. Szukają zaspokojenia gdzie indziej. Gdy zabraknie podstawowych więzi, szukają relacji w internecie czy SMS-ach.

Warto podkreślić, że, jeśli ktoś napisał pięć SMS-ów dla zabawy, to nie jest to żadne zaburzenie. Najgorzej, gdy ludzie wpadają w ciąg.

Trafiają do Pana tacy pacjenci? Szukają pomocy?

- Tacy ludzie rzadko trafiają do psychologów, bo mają zwiększony lęk przed realnym kontaktem z drugim człowiekiem.

A istnieją jakiekolwiek badania, statystyki dotyczące liczby osób uzależnionych od takich SMS-ów?

- Nie wiem nawet, jak można by to badać. Duża część takich relacji jest przecież skrzętnie ukrywana. Część jest też chroniona tajemnicą. Nie wiemy, ile tak naprawdę tych SMS-ów jest.

Chciałabym jeszcze zapytać o wpływ pracy w seks-SMS-ach na osoby, które ją wykonują. Nasz rozmówca twierdził, że potrafił rozdzielić pracę od życia. Przyznał jednak, że nawet w domu wracały fantazje, o których pisał ze swoimi klientami.

- Bohater tekstu mówi, że oddziela, odrealnia to, co robi. Wmawia sobie, że to tylko praca, że tu nikt nikomu nie robi krzywdy, bo przecież każdy miał możliwość zapoznania się z regulaminem... Że to serwis rozrywkowy, nieprawdziwy.

To typowy mechanizm obronny, który ludzie stosują, by móc w ogóle robić podobne rzeczy. Podobne mechanizmy są stosowane choćby przez tych, którzy palą papierosy i mówią, że to przecież nic takiego, że to inni umierają na raka, a mnie się przecież nic nie stanie. Tak samo jest w przypadku Kamila. A skutki? To praca bardzo "brudna", gdy człowiek wraca do domu, te obrazy same go zalewają.
Nawet my, specjaliści, którzy pracujemy z tego typu pacjentami, potrzebujemy superwizji, odreagowania, gdy takich przypadków mamy za dużo. To są rzeczy ogromnie obciążające psychicznie. A co dopiero powiedzieć ma osoba, która tak pracuje 8-10 godzin dziennie i jest zaangażowana nie w pomoc drugiej osobie, tylko w to, by wyciągnąć od klienta kolejnego SMS-a, utrwalić zaburzenia? W życiu osobistym tych ludzi, w którymś momencie może pojawić się ogromne poczucie winy.

Nie można jednak zapomnieć, że są osoby, które będą potrafiły dużo łatwiej oddzielić sobie te światy - sferę prywatną od zawodowej. W waszym tekście pojawia się przykład pani, która potrafiła na te SMS-y odpowiadać, jednocześnie rozmawiając z koleżanką. Pracowała zupełnie automatycznie, bez udziału świadomości, więc pewnie nie odczuje jakichś większych negatywnych skutków tej pracy.

W kolejnych odcinkach cyklu "Seks nasz powszedni" przeczytacie m.in.: wywiad z właścicielami największego sex shopu w Polsce, którzy opowiadają, że Polacy są coraz odważniejsi, a pierwszymi gośćmi ich salonu byli emeryci; opowieść twórcy bloga "Szczucie cycem" o postępującej erotyzacji przekazów reklamowych i rozmowę z psycholog dziecięcą o tym, jak dalece rodzice nie mają pojęcia o tym, co robią ich dzieci. O czym jeszcze chcielibyście przeczytać? Co Was szczególnie interesuje lub niepokoi? Piszcie o tym, co dla Was ważne: agnieszka.wadolowska@agora.pl, milena.bryla@agora.pl.

Jeśli interesuje Cię ta tematyka, zostaw nam swój adres e-mail. Poinformujemy Cię o kolejnych artykułach z cyklu "Seks nasz powszedni''.

Przykładowy newsletter



DOSTĘP PREMIUM