Idzie moda na... niejedzenie na mieście

Polacy zaciskają pasa, częściej kupują w dyskontach, mniej wydają w restauracjach, oszczędzają na czarną godzinę. W samym Szczecinie tylko po wakacjach zamknęło się już kilka kultowych restauracji, a nad wieloma wisi widmo zamknięcia. - To nie kryzys w portfelach, ale w głowach - ocenia socjolog Maciej Bejnarowicz
Z mapy gastronomicznej Szczecina znikają kolejne znane restauracje, najtrudniej mają się miejsca z menu skierowanym do klasy średniej, gdzie można było zjeść za około 30-40 zł za osobę. Stali klienci zaglądają tu coraz rzadziej, a nowych jest coraz mniej. Do restauracji Jacka Nowaka zapukał już komornik. Właściciel na pytanie: "co dalej?" odpowiada dyplomatycznie: - Robimy wszystko, by odnaleźć się w tej nowej sytuacji, trzeba to po prostu przetrwać. Początek jesieni zawsze w gastronomii był ciężki, ludzie muszą się przyzwyczaić do tego, że trzeba wziąć parasol, ubrać coś cieplejszego - zrzuca winę na pogodę Nowak. Tymczasem na stronie komornika sądowego przy Sądzie Rejonowym Szczecin-Centrum wisi już zaproszenie na 23 października na licytację sprzętów należących do kultowej Bramy Jazz Cafe.

Kiedy byłaś/byłeś w restauracji?

Próbowaliśmy podpytać przechodniów na szczecińskim deptaku Bogusława o to, kiedy ostatni raz byli w restauracji. Część wręcz się czerwieniła i odmawiała odpowiedzi na pytanie. Student Radek przyznał w rozmowie z reporterem TOK FM, że chodzi w takie miejsca coraz rzadziej. - Może raz w tygodniu ze znajomymi jem na mieście, ale staramy się ogarniać jakieś promocje, do 15.00 itp., tak żeby było taniej, wiadomo - kwituje chłopak. Pani Wiesława jest gospodynią domową, jej mąż pracuje. Na pytanie kiedy ostatni raz byli w restauracji, odpowiada bez ogródek: - Nie stać nas na to, z chęcią bym poszła, należałoby się człowiekowi, ale niestety, za daną kwotę, którą wydam w restauracji, to ja zrobię obiad dla całej rodziny - podsumowuje kobieta.

To znak kryzysu?

Zamrożone pensje, drożejąca żywność, paliwo, chemia - z tygodnia na tydzień stać nas na mniej. W takiej sytuacji najłatwiej zrezygnować z rozrywki czy niedzielnego wypadu do restauracji. - Jest już taka atmosfera, że coraz mniej osób pyta o podwyżkę, trzeba się cieszyć z tego, że jest praca, i liczyć na to, że nie obniżą nam pensji. Czy to kryzys? Może niekoniecznie już w portfelach, ale w głowach na pewno - ocenia socjolog Maciej Bejnarowicz. - Ta psychologia na tym etapie odgrywa ogromne znaczenie, powiem więcej, być może już modne staje się niejedzenie na mieście - kwituje socjolog.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny