"Newsweek" o kulisach publikacji "Rz": Zamiast trotylu miał być C4... Gmyz bał się rosyjskiej prowokacji

Gmyz miał wątpliwości i bał się rosyjskiej prowokacji, Wróblewski chodzi poplamiony zupą i nie panuje nad gazetą, a Hajdarowicz zezwolił na publikację - o tym pisze "Newsweek", odsłaniając kulisy powstania publikacji "Rzeczpospolitej" na temat obecności trotylu na prezydenckim samolocie.
Temat rzekomych śladów trotylu i nitrogliceryny na Tu-154 objęty był w redakcji "Rz" ścisłą tajemnicą. Wiedziało o nim jedynie kilka osób, m.in. redaktor naczelny Tomasz Wróblewski oraz jego zastępca Andrzej Talaga, którzy według tygodnika byli nastawieni sceptycznie do ustaleń Cezarego Gmyza.

Gmyz, który na początku nie precyzował, o jakie materiały wybuchowe może chodzić, chciał swoje ustalenia opisać "na miękko", bo "nie zna się na pirotechnice". Sugerował natomiast, że być może materiały, które znaleziono, to C4, co nie spodobało się Taladze zajmującym się od dłuższego czasu tematami wojskowymi. "Kazał Gmyzowi zweryfikować dotychczasowe informacje i dowiedzieć się czegoś bardziej konkretnego" - pisze "Newsweek".

A jak na tym etapie zapatrywał się na sprawę Gmyz? Sam miał wątpliwości. - Czarek na papierosie mówił mi, że nie wie, co o tym wszystkim sądzić, bo to może być rosyjska prowokacja - mówi jeden z pracowników "Rz" dla "Newsweeka".

Wróblewski, zdając sobie sprawę z wagi publikacji, postanowił spotkać się z Andrzejem Seremetem. Jechał na to spotkanie "bez przekonania", a wrócił z niego "nakręcony" - informuje "Newsweek".

To po spotkaniu Wróblewski podjął decyzję o publikacji, a dostał na nią "zielone światło" od samego Hajdarowicza, który wrócił specjalnie z tego powodu z Austrii.

"W kancelarii premiera zakotłowało się"

Prokuratura Generalna spodziewała się publikacji, czego nie można było powiedzieć o kancelarii premiera, która była kompletnie zaskoczona. Na tyle, że nawet Paweł Graś, występując w porannym programie TVP "Polityka przy kawie", stwierdził, iż możliwe jest wznowienie prac komisji Millera, czym doprowadził Tuska do szału.

- W kancelarii zakotłowało się strasznie. Wszyscy wiedzieli, że Tusk raz na jakiś czas spotyka się z Seremetem, ale nikt się tym nigdy nie przejmował - mówi dla "Newsweeka" jeden z pracowników kancelarii.

"Dziś zdarza się, że Wróblewski chodzi poplamiony zupą"

"Newsweek" odsłania również kulisy oświadczenia "Rzeczpospolitej", które pojawiło się już po konferencji prokuratury wojskowej. Na kluczowe zdanie, które pojawiło się w jego pierwszej wersji, czyli "pomyliliśmy się, pisząc o trotylu i nitroglicerynie", Gmyz miał zareagować: "K...!", wstać zza biurka i zrobić awanturę Taladze. Po niej słowa o pomyłce zniknęły.

Zdaniem pracownika "Rz" to właśnie Talaga, który według innego anonimowego rozmówcy jest "dominującą postacią", stoi za pierwszą wersją oświadczenia.

- To on zwalnia ludzi, obcina kasę. Wróbel od dłuższego czasu jest rozbity i nie panuje nad gazetą. Kiedyś to był silny facet, z energią. A dziś? Zamyśla się, zdarza się, że chodzi poplamiony zupą - mówi dla "Newsweeka" inny rozmówca, również anonimowy.



Czytaj cały artykuł w najnowszym "Newsweeku"

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM