Gmyz: Potraktowali mnie tak samo jak reżim traktował dziennikarzy w stanie wojennym

- Z tego co wiem o komisjach weryfikacyjnych wyrzucających dziennikarzy z pracy w stanie wojennym, to właśnie tak to pewnie wyglądało - powiedział serwisowi wPolityce.pl Cezary Gmyz, który ma zostać zwolniony z ?Rzeczpospolitej? za swój tekst o znalezieniu śladów trotylu na prezydenckim Tu-154. Dziennikarz zapowiedział, że będzie bronił swojego dobrego imienia.
"Ten tekst nie był w ogóle udokumentowany. Ogromnym nadużyciem był sam tytuł" - napisał Grzegorz Hajdarowicz, uzasadniając decyzję o zwolnieniu Cezarego Gmyza z "Rzeczpospolitej". Tymczasem, jak podał wydawca "Rz", dziennikarz był zobowiązany się do przedstawienia do poniedziałku dokumentów, nagrań i wszelkich materiałów, na podstawie których napisał tekst nt. znalezienia śladów materiałów wybuchowych na prezydenckim tupolewie. Hajdarowicz podkreślił, że zagwarantował ochronę źródeł autora tekstu.

Gmyz udzielił wywiadu portalowi wPolityce.pl, w którym ocenił, że oświadczenie wydawcy o braku odpowiedniego udokumentowania jego materiału zawiera "kłamstwa, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością".

"Sięgnęliśmy właśnie poziomu Białorusi"

Swoje przesłuchanie wyjaśniające opisał tak: "Przez dwie i pół godziny rozmawiałem z tymi ludźmi (...). Miałem silne wrażenie, że decyzja została podjęta znacznie wcześniej, zanim jeszcze wystąpiłem przed tym gremium. Z tego co wiem o komisjach weryfikacyjnych wyrzucających dziennikarzy z pracy w stanie wojennym, to właśnie tak to pewnie wyglądało. Czułem się jak na komisji weryfikacyjnej".

Dziennikarz dodał, że został potraktowany tak samo jak przedstawiciele mediów na Białorusi albo ci "stawiani przed komisjami weryfikacyjnymi po 13 grudnia 1981 r.". "Na koniec po prostu wręczono mi wypowiedzenie z pracy. Było ono najwyraźniej wcześniej przygotowane. Co ciekawe, teraz w oświadczeniu Rady Nadzorczej czytam, iż będzie ona rekomendowała moje zwolnienie, a ja mam w ręku dokument, z którego wynika, że już zostałem zwolniony".

"Jestem zmuszony do obrony mojego dobrego imienia"

Gmyz wyznał, że chciał rozstać się z "Rz" po dżentelmeńsku, ale publikacja oświadczenia wydawnictwa "zmusza go do obrony jego dobrego imienia". "Podtrzymuję wszystkie swoje ustalenia. (...) Jeden z moich informatorów jeszcze przed ukazaniem tekstu, zapytany o możliwą granicę błędu odczytu, powiedział mi, iż są one używane przez izraelskie służby na lotnisku w Tel Awiwie. I że gdyby miały wychwytywać np. kosmetyki, to bez przerwy musiałyby piszczeć. Ale piszczą tylko wtedy, gdy naprawdę chodzi o materiał wybuchowy".

DOSTĘP PREMIUM