Bortnowska: "13 Grudnia tkwi we mnie jak niewydobyty z rany odłamek. Zagoiło się? Tak, zagoiło. Ale po wierzchu"

"Czego oczekuję w dniu 13 GRUDNIA 2012? Powinien to być spokojny dzień, w którym wolno nam będzie cieszyć się ciepłą wodą w kranach, działającym telefonem, może też bajką w telewizorze. Okażmy sobie pamięć i życzliwość. I niech nikt nie zaprasza do naszych miast snajperki imieniem Nienawiść. Nie wzywajmy jej, bo może się stawić" - pisze na swoim blogu Halina Bortnowska.
Minął trzydziesty pierwszy rok noszenia blizny. Urodzili się już ludzie. Zdążyli dorosnąć Polacy wolni od nosicielstwa odłamków. Tylko nic nie wiedzą, że rodzice noszą w sobie doświadczenie 13 Grudnia. Wcale zresztą nie wiem, ilu z nas zdołało swój odłamek usunąć, ilu przykryło bliznę tatuażem. Albo też wcale nie musieli tego robić. Przeżyli ten rok, miesiąc i dzień gdzie indziej, jakby gdzie indziej. W ogóle nie ruszyli się z ubocza, z pobocza, ze schronu własnych prywatnych spraw.

Jeśli coś pamiętają, to nie żaden cios i ranę, tylko szarość, deprywację, nudę podszytą strachem.

***

Przed 13 grudnia odłamek zawsze bardziej daje mi się we znaki. Nie śpię i myślę.

Nauczyłam się, że trzeba pamiętać o Żydach polskich - o ich życiu i obecności, nic o samej Zagładzie. I podobnie - "S" w moim życiu to nie tylko końcówka tego 13.

Była przecież elektryzująca chwila szczęścia, przeczucia - gdy w Hucie dowiedzieliśmy się, my, ówcześni pierwsi organizatorzy, w tym ja, pomagierka - ktoś mówił z Gdańska i powiedział, że TO będzie się nazywać "Solidarność".

Wiem, że na to jasne wspomnienie wielu teraz spojrzy z ironią. Do ironii mają prawo świadkowie późniejszej degrengolady. W nocnych rozważaniach im i sobie stawiam pytanie: Czy przyczyną degrengolady nie jest i nie było przedwczesne przerwanie ewolucji "S"? Związek nie zdążył stać się samorządny, dopiero zaczynał wykształcać własne demokratyczne struktury władzy. Dopiero co wysłuchał Tischnera na swoim pierwszym Zjeździe.

Trzeba było z tym dotrzeć w przestrzeń warsztatu, pomiędzy walcarki czy nieopodal Wielkiego pieca. To się dopiero działo. Mówiąc symbolicznie - 13 Grudnia uderzył w ten proces, popchnął w stronę konfrontacji. Konfrontacja budziła przerażenie uczestników i świadków.

Oto czołg taranuje bramę, za którą strajkujący przeciw przekreśleniu swego związku, obietnic składanych społeczeństwu, liderom opozycji, wreszcie i Kościołowi.

***

"S" wyrastała na gruncie zdewastowanym, wyjałowionym, zatrutym. Takim on był, bo ucierpiał w czasie wojny. Polska raz po raz stawała się poligonem. Do dziś wydobywa się z naszej ziemi skorodowane żelastwo i niewybuchy, także polityczne czy ideowe. Dramat 13 GRUDNIA, poskramianie ludzi budujących swoją solidarność odbywało się na tym tle. Pamiętam swoje odczucie, że teraz wszystko jest możliwe. W Kombinacie ludzie przyjmujący rozgrzeszenie w obliczu śmierci uważali tę śmierć za możliwą, rzeczywistość zagrażającą. Może nie mylili się tak bardzo - wystarczyłoby jakieś nieprzemyślane agresywne zachowanie, a wystraszone wojsko użyłoby broni, karabinów wycelowanych w tłum. Tak się nie stało.

Po obu stronach działały hamulce. Myślę, że działała świadomość, że naprzeciw nas z bronią w pogotowiu stoją przecież swoi, żołnierze z poboru.

Nikt nie zginął, w ogóle nie padły strzał. Wszystko rozegrało się na płaszczyźnie symbolicznej. W naszym konkretnym miejscu obie strony pozytywnie zaliczyły dramatyczny test. Co zostało sprawdzone? Nie jestem pewna, jak to nazwać. Myślę, że chodziło o coś w rodzaju zgodności tkankowej. Nie chcemy śmierci tych tam, jak nie chcemy własnej. To rozstrzygnęło.

Pomocne było - jak myślę - powstrzymanie naszej strony od używania mowy nienawiści.

Wyeliminowany został pewien zestaw inwektyw cisnących się na usta. Tej nocy nie krzyczeliśmy do nich "Gestapo, gestapo". Bo jeszcze na to porównanie nie zasłużyli. To się udało. Dlatego 13 grudnia nie jest dla mnie dniem rozpaczy, chociaż jest dniem wielkiego żalu po niepowetowanej szkodzie. Nie pozwolono nam wyhodować naszej Solidarności.

***

Wiem oczywiście, że przeżywanie tego dnia było bardzo różne. Był to chyba dla wszystkich dzień z zakłóceniem zwykłego rytmu, dzień bez teleranka, bez "60-ki", bez telefonu. Grozę budziły parady wozów opancerzonych, zupełna niepewność, co będzie dalej. Na tę niepewność nasunęła się pokrywa stagnacji. Pod tą pokrywą działalność podziemnej "S" bywała wręcz bohaterska, ale szkołą demokracji nie była.

O tym już w tę grudniową noc nie rozmyślam.

***

Nie zamierzam się wyrzec tkwiącego we mnie odłamka ani smaku goryczy, który pozostał. Dlaczego "TO", co się miało nazywać "Solidarność", zostało pozbawione szansy rozkwitu? Dlaczego nie zdołaliśmy wyjść spod pokrywy stagnacji z gotowością do pracy nad ruchem związkowym?

***

Czego oczekuję w dniu 13 GRUDNIA 2012?

Powinien to być spokojny dzień, w którym wolno nam będzie cieszyć się ciepłą wodą w kranach, działającym telefonem, może też bajką w telewizorze. Okażmy sobie pamięć i życzliwość. Może zadzwoni do mnie albo wyśle maila ktoś z Nowej Huty. Albo ktoś, kto chce razem pomyśleć nad działaniem bez przemocy. O tym, co robić, by akcja bez przemocy stała się jednym z naszych zasobów?

I niech nikt nie zaprasza do naszych miast snajperki imieniem Nienawiść. Nie wzywajmy jej, bo może się stawić.

Może 13 Grudnia to dzień, gdy kręci się blisko.

Pamięci Stefana Jurczaka [+2012]

Wpis pochodzi z bloga Pani Haliny Bortnowskiej. Teolożka wydała ostatnio w wydawnictwie Agory książkę "Co to, to nie. Myślennik Haliny Bortnowskiej", w której pisze więcej m.in. o stanie wojennym.

DOSTĘP PREMIUM