Prof. Modzelewski: Tuleya miał dość odwagi, by podnieść alarm. Kto go ucisza, działa na naszą wspólną szkodę

- Sędzia Tuleya zwrócił tylko uwagę, że podobnej techniki wymuszania zeznań nie stosowano u nas od czasów stalinowskich. To prawda. Dlaczego więc nazwanie jej po imieniu tak bulwersuje nasz polityczny establishment? - pyta w "Gazecie Wyborczej" prof. Karol Modzelewski.
"Służę politykom oburzonym na sędziego Tuleyę własnym doświadczeniem. Nie jestem od panów polityków odważniejszy, tylko starszy, i więcej widziałem, więc niech posłuchają" - pisze dzisiaj w "Gazecie Wyborczej" prof. Karol Modzelewski, więzień polityczny w PRL, współtwórca i działacz "Solidarności".

A odnosi się do oburzenia, jakie wywołało uzasadnienie wyroku ws. G., które przedstawił sędzia Igor Tuleya. Ocenił on m.in. taktykę organów ścigania jako "przerażającą". - Budzi to skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50., czasów największego stalinizmu - mówił sędzia.

"Tortury, również w wersji soft, są przestępstwem"

"Od dawna wiem, na czym polegał konwejer. Opowiadał mi o tym w grudniu 1954 r., tuż po wyjściu z aresztu Informacji Wojskowej, mój nieżyjący przyjaciel Witold Leder. Był on zastępcą gen. Wacława Komara w II Oddziale Sztabu Generalnego" - wspomina w "GW" prof. Modzelewski. "Zamiast bicia stosowano konwejer, wobec Witolda przez 6 tygodni. Potem już pozwolono mu w nocy spać, bo prócz niego i oskarżonego Augustynka (byłego górnika i twardego człowieka) wszyscy pozostali przyznali się do niepopełnionych zbrodni i obciążyli, kogo im kazano obciążyć. Kilka tygodni bez snu wystarczyło, nie trzeba było bicia. Dywagacje, czy była to tortura, pozostawiam subtelnym amatorom".

"Trzeba podnieść alarm"

Prof. Modzelewski podkreśla, że tortury, "również w wersji soft", są przestępstwem i że jeżeli są dokonywane przez służby specjalne niepodległego państwa, to znaczy, że "w organizm państwowy wdała się gangrena" i potrzebne jest podnoszenie alarmu. Historyk podsumowuje więc, że gdy ktoś próbuje uciszać sędziego Tuleyę, działa na naszą wspólną szkodę.

Cały tekst profesora w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej".

DOSTĘP PREMIUM