"Bitwę o język w Polsce wygrali pro-liferzy. Poseł mówi: Kazałbym żonie rodzić. A żony nikt już nie pyta"

- Dyskurs publiczny o aborcji w Polsce rozgrywa się na linii państwo - Kościół. Kościół wygrał w tej walce - mówi w rozmowie z TOK FM dr Ewelina Wejbert-Wąsiewicz, autorka książki "Aborcja w dyskursie publicznym. Monografia zjawiska". - Wszelkie argumenty już padły. A rzeczywistymi problemami kobiet nie zajmuje się nikt - dodaje.
Joanna Berendt, TOK FM: Minęło właśnie 20 lat od momentu, kiedy w życie wszedł kompromis aborcyjny. Wydaje się jednak, że dziś dużo częściej niż kiedyś zamiast słowa "zarodek" używa się słowa "dziecko", a słowo "zabieg" częściej zastępowane jest słowem "morderstwo". Czy rzeczywiście tak jest?

Dr Ewelina Wejbert-Wąsiewicz, socjolog: - Oczywiście, że tak jest. To zasługa dyskursu lat 90., a przede wszystkim wpływu Kościoła polskiego. Podział w sferze języka zaczął wtedy przebiegać następująco: na tych, którzy są przeciw aborcji, i na tych, którzy jakoby są za (tzn. aborcją w ogóle, a nie - prawem kobiet). Dalszym krokiem było podzielenie opinii publicznej na pro-life - tych za życiem - i pro-choice - tych przeciw życiu.

I jak to się przełożyło na sferę językową?

- Nie funkcjonuje już w dyskursie np. słowo "skrobanka" czy określenie "spędzanie płodu". Nastąpiła likwidacja terminów neutralnych, wprowadzono odpowiednie synonimy, wykluczono pewne sformułowania. Przedefiniowano za to inne - np. terminy "embrion" czy "płód" zastąpione zostały zwrotami "poczęte dziecko", "dziecko nienarodzone", "niemowlę", "mały chłopczyk/dziewczynka", "dziecko w łonie matki". Słowo ciąża, etymologicznie kojarzone z obciążeniem i trudem, zastąpione zostało zwrotem "wewnątrzmaciczny rozwój dziecka" lub "stan błogosławiony". Dziecko rozwija się w "łonie", a nie w "macicy". W miejsce terminu "kobieta ciężarna" pojawiło się słowo "matka". Przerywanie ciąży, aborcja to "zabójstwo", "morderstwo".

Lekarz z kolei nie jest ginekologiem, ale "aborterem", a osoby decydujące się na przerwanie ciąży są "aborterami" lub "mordercami niewinnych". "Morderstw" dokonuje się nie w szpitalu czy klinice, ale w "komorze aborcyjnej".

Bitwę o język w Polsce wygrali pro-liferzy. Moje badania wśród studentów łódzkich wyraźnie wskazują, że młodzi ludzie myślą tymi kategoriami. Nie istnieje już inny język. Zwróćmy uwagę, że wszystkie wskazane przymiotniki opatrzone są emocjonalnymi skojarzeniami. Mam wrażenie, że dziś nawet słowo "ciąża" jest zwrotem emocjonalnie aktywnym.

Wspomniała pani o roli Kościoła katolickiego w kształtowaniu się polskiego dyskursu o aborcji. Jak to wyglądało?

- Obalenie systemu komunistycznego w 1989 r. i pierwsze wybory były zwycięstwem partii prawicowych i Kościoła polskiego. Od tego momentu do połowy lat 90. kwestia aborcji była najbardziej popularnym tematem w prasie katolickiej - zło moralne aborcji wskazywano znacznie częściej niż wojny, terroryzmu, kary śmierci, eutanazji. W1991 r. Krajowy Zjazd Lekarzy uchwalił Kodeks Etyki Lekarskiej, w myśl przepisów którego aborcja z powodu gwałtu i przyczyn społecznych uznana została za niedopuszczalną, zaś powody przerwania ciąży z powodów medycznych - poważnie ograniczono. Kościół w Polsce domagał się również wprowadzenia kar więzienia dla kobiet poddających się przerwaniu ciąży (wypowiedzi prymasa Józefa Glempa).

Ale nie obyło się przecież bez powstania pewnego kontrruchu.

- Tak. Odpowiedzią na to było powstanie ruchu obywatelskiego - powstały m.in. Społeczne Referenda na rzecz Referendum w Sprawie Karalności Aborcji, które to domagały się rozpisania powszechnego referendum. Sondaże wskazywały jednak, że gdyby doszło do referendum, ustawa zaostrzająca przepisy nie uzyskałaby poparcia. Do referendum więc nie doszło, a ustawa uchwalona 7 stycznia w 1993 r. została uznana za "kompromis" między rządem a Kościołem polskim.

Zmiana rządu spowodowała liberalizację przepisów, prezydent Aleksander Kwaśniewski w 1996 r. poparł prawo do przerwania ciąży z tzw. powodów życiowych, społecznych. Ale zaledwie rok później, w 1997 r., decyzją Trybunału Konstytucyjnego przywrócono ustawę z 1993 r., której przepisy obowiązują do dziś.

Z tego krótkiego opisu dziejów polskiego prawodawstwa aborcyjnego widać, że dyskurs publiczny o aborcji w Polsce rozgrywa się na linii państwo - Kościół. I Kościół wygrał w tej walce.

No właśnie, co dla debaty publicznej robią wystąpienia środowisk katolickich - szczególnie aktywna jest tu "Fronda" - które mówią o "mordowaniu dzieci", "masowych mordach" czy nawet "ludobójstwie" porównywalnym do Holocaustu?

- Takie działania przyczyniają się do większych antagonizmów między uczestnikami sporu aborcyjnego. Nie rozwiązują żadnego problemu. I chyba obrażają też osoby, które przeszły przez piekło II wojny światowej. Wobec takiej retoryki nie dziwi mnie fakt, że wszelkie działania na rzecz praw kobiet są określane jako przejawy "cywilizacji śmierci".

Jakie jest więc miejsce kobiet w tym dyskursie? Wydaje się, że albo nie ma ich wcale, albo traktuje się je zupełnie podmiotowo. Przypomnijmy choćby niedawną wypowiedź jednego z posłów, który stwierdził, że zmusiłby żonę do donoszenia ciąży, nawet gdyby ta ciąża była wynikiem gwałtu...

- W dyskursie publicznym o aborcji kobiety są praktycznie nieobecne. Mam na myśli głos "zwykłych kobiet", nierzadko już matek, których problem dotyczy. Jest Wanda Nowicka, ale ona utożsamiana jest z dyskursem feministycznym. Feminizm w Polsce nie cieszy się popularnością, co wynika z historyczno-kulturowych uwarunkowań, w tym walki o niepodległość kraju, polskiego kultu maryjnego i mitu Matki Polki.

Kościół z powodów tradycyjnych nie reprezentuje kobiet (zjawisko "milczącej obecności kobiet"). Politycy to też głównie mężczyźni. W mediach głos kobiet również jest marginalizowany. W programach telewizyjnych, radiowych jako eksperci wypowiadają się politycy i księża, którzy w ciążę nie zachodzą. To znamienne, że w Polsce pytano posła o ciążę z gwałtu, nikt nie wpadł na pomysł, aby zadać to pytanie żonie posła. Ośmielę się stwierdzić, że poseł nie konsultował swej odpowiedzi z żoną.

Przeciwnicy aborcji - zwłaszcza przeciwni jej politycy - mówią, że jest ona tematem zastępczym. Sięgać mają po niego politycy, którzy chcą odwrócić uwagę od jakichś kłopotliwych spraw.

- Ci, którzy mówią o "problemie zastępczym", stosują technikę sepizacji, polegającą na unieważnianiu czyichś problemów. Osobiście uważam, że politykom w Polsce brak odwagi, aby choćby dyskutować o skutkach ustawy antyaborcyjnej. Nie chodzi przecież o to, by "wciąż" pojawiały się pomysły na zmianę ustawy. Potrzebna jest rzetelna diagnoza skutków ustawy, ocena sytuacji, realnych potrzeb kobiet, rodzin. Konieczne jest podjęcie długofalowych działań w aspekcie polityki prorodzinnej, dostępności do usług planowania rodziny, ale także wychowania młodych w ramach edukacji seksualnej.

A czy nie jest trochę tak, że tyle się mówi o aborcji, a rzeczywistymi konsekwencjami jej prawnych uregulowań nikt się nie zajmuje? Zapomina się, że za tą debatą istnieją prawdziwi ludzie z prawdziwymi problemami?

- Zgadzam się z tą opinią. Jedyną organizacją, która przez 20 lat zajmowała się badaniem skutków ustawy, była Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Dyskurs polski o aborcji od początku lat 90. odznaczał się wysokim poziomem ogólności, argumentacją całkowicie odległą od potocznego wymiaru. Doskonałą lekturą są materiały sejmowe z okresu kształtowania się polskiego "prawodawstwa antyaborcyjnego" (Próba porozumienia. Forum Polska 1992. Problem karalności przerywania ciąży, Dokumenty sejmowe, Warszawa 29 IX 1992, Helsińska Fundacja Praw Człowieka). Ówczesna debata sejmowa to obraz "Polski-kobiet" i "Polski-polityków". Problemy realne kobiet (np. pijący, bijący i gwałcący mąż) były w Sejmie marginalizowane, a nawet ośmieszane. Wielu reprezentantów ruchu "obrońców życia" interesowało się bardziej przeforsowaniem swego punktu widzenia, "zwycięstwem w grze" niż rzeczywistym rozwiązaniem problemu niechcianej ciąży. Byli oni jedynie teoretykami, i to na najbardziej abstrakcyjnym poziomie. Realistów było niewielu, a ich wątpliwości interpretowane były jako przejaw "proaborcyjnego" stanowiska. Nic się w tej kwestii nie zmieniło, o czym świadczy ostatni poziom dyskusji parlamentarnych nad ustawą.

W swojej książce wspomniała pani, że ta katolicka doktryna dotycząca aborcji zaczyna się przenosić także na płaszczyznę naukową. Jak to się dzieje i co to oznacza w rzeczywistości?

- Każdy naukowiec żyje i funkcjonuje w określonym środowisku społecznym i kontekście kulturowym. Jest niemożliwe, aby nie miał prywatnych poglądów. Zdarza się, że badacze zajmujący się kwestią aborcji są pod wpływem ideologii i konstruują swoje narzędzia badawcze w sposób ideologiczny (np. naukowcy związani ze środowiskiem kościelnym, psychologowie i psychiatrzy z KUL czy UKSW). Niektórzy w swych pracach naukowych stosują liczne techniki perswazji. Inni przemycają elementy ideologii w postaci konstrukcji języka, operacjonalizacji pewnych pojęć.

I jak to wygląda?

- Np. w pytaniach ankietowych "ciąża" - to dziecko, "aborcja" - to zabicie dziecka, eksponowana jest kwestia "żalu po aborcji", pytania dotyczą tylko negatywnych skutków itp. To są kwestie, które mają przecież wpływ na wyniki tych badań!

Są też i tacy, którzy fałszują dane, pomijają niekorzystne wyniki analiz naukowych - np. nie podają informacji o doborze próby do badań. Znane badania amerykańskie A. Speckhard (wniosek: 100 proc. badanych kobiet po aborcji odczuwało poczucie straty i smutku) wydają się nieprawdopodobne. Dane te zyskują na wiarygodności dopiero w momencie, gdy ujawnimy sposób doboru próby badawczej. Kontakty z osobami po aborcji odbywały się poprzez grupy wsparcia i psychologów. Były więc to osoby, które w jakiś sposób leczyły postaborcyjną traumę.

A jak wygląda ta kwestia w polskim środowisku naukowym?

- Na dwie ważne ogólnopolskie konferencje o aborcji ("Aborcja, przyczyny, następstwa terapia", Warszawa 2004, oraz "Aborcja - dlaczego nie?", Wrocław 2006) zapraszani byli tylko dyskutanci, którzy reprezentują "słuszne racje". Ustalenia i wnioski prezentowane na tego typu spotkaniach nie mogły nawet w małym stopniu podważać preferowanej ideologii.

Każdy prelegent podczas swojego wystąpienia powołuje się na szeroką znajomość literatury przedmiotu i badań naukowych. Dane przedstawiane są zazwyczaj "drobiazgowo", z rozkładami zmiennych i wskaźnikami procentowymi, co w przypadku małych prób badawczych, zwłaszcza w badaniach jakościowych, jest postępowaniem niewłaściwym.

Ogólnie w raportach naukowych o aborcji powszechne są niedomówienia, ukrywanie niektórych wniosków empirycznych, a "nadreprezentacja" innych pożądanych faktów (przede wszystkim w raportach i publikacjach eksponuje się wnioski, pomijając metodologię badań).

Czy w takiej sytuacji możliwa jest jeszcze konstruktywna dyskusja na temat aborcji w Polsce?

- Od lat 90. mamy w tej kwestii do czynienia z fazą "rytualnego chaosu". Wszelkie argumenty już padły. Zwolennicy i przeciwnicy prawa do aborcji stoją na straży swoich stanowisk. Merytoryczna debata nie jest już chyba możliwa. Każda konfrontacja jest rytuałem, spektaklem do odegrania. A media powielają scenariusze gotowych debat. Rzeczywistymi problemami kobiet nie zajmuje się nikt.

Można przerwać ten impas?

- Męska dominacja w dyskursie publicznym oraz ogromna rola Kościoła wpływającego na politykę sprawia, że niezwykle trudno będzie to zrobić. Jestem pesymistką w tym aspekcie. Przede wszystkim musi być słyszalny głos kobiet. Chodzi nie tylko o to, żeby w polityce pojawiły się rzesze kobiet, które będą reprezentować statystyczne Polki. W dyskursie publicznym muszą zaistnieć historie, emocje kobiet, ich doświadczenia indywidualne. Być może powinien powstać "nowy język"? W tej chwili problem aborcji jest postrzegany tylko jako problem kobiet (i to nie wszystkich, jedynie tych, które są w ciąży problematycznej, trudnej).

To sprawia, że kwestia aborcji jest często w męskim dyskursie politycznym marginalizowana. Ogromną rolę mają do odegrania media. Ich rolą jest pokazanie dramatu decyzji o przerwaniu ciąży, skomplikowanej, trudnej sytuacji różnych osób, których ten problem dotyczy. Sądzę, że media mogłyby również przyczynić się do wzmocnienia edukacyjnej funkcji sztuki i literatury o aborcji. Sztuka jest najbardziej wszechstronna i bezstronna w tej kwestii.

DOSTĘP PREMIUM