Doprowadzą do zdrady, sprawdzą uczucia. Testerzy wierności

Płatne testowanie wierności partnera to nowa usługa, ale branża rozwija się w całej Polsce. O pracy weryfikatorów wierności pisze ?Polityka?.
"Podejrzewasz zdradę? Chcesz upewnić się, czy partner jest ci wierny? Chcesz rozwodu, a nie masz dowodu?" - tak ogłaszają się w internecie firmy oferujące nietypową usługę. Ich pracownicy na zlecenie uwodzą wskazaną osobę i zbierają dowody zdrady.

Ufać i kontrolować

Kto korzysta z usług weryfikatorów wierności? Zleceniodawcami są głównie partnerzy chcący rozwodu z orzeczeniem o winie. Zwykle podejrzewają zdradę, ale chcą mieć na nią dowody. Coraz częściej weryfikatora zatrudniają też nieufni teściowe. Niektórzy klienci sprawdzają uczucia swojego partnera czy partnerki, zanim zdecydują się na ślub. Na Zachodzie popyt w branży rośnie w czasie bożonarodzeniowo-walentynkowym, bo wtedy zapadają ważne, życiowe decyzje.

Jak w tajnych służbach

Praca weryfikatora przypomina pracę agenta tajnych służb. Używają nawet tej samej terminologii: figurant, operacyjny, podjęcie czynności. Uwodzą obiekt, wykorzystując informacje o upodobaniach i zwyczajach dostarczone przez klienta.

O swojej pracy opowiada jeden z agentów - Piotr (imię operacyjne): "Figurantka pierwsza: lat 30, mężatka z Gdyni, ładna, preferująca młodszych, tryb życia rozrywkowy, podstawowe wartości - siłownia, basen, solarium. Zakupił jasnoniebieskie dżinsy, białe adidasy, pożyczył srebrny łańcuch i nawiązał kontakt w miejscu pracy figurantki. Kamera wpięta w klapę zarejestrowała, jak figurantka pyta go o plany na sobotę".

Agent z zasadami

Weryfikator musi być skuteczny, ale obowiązuje go regulamin. Agent nie ma prawa iść z figurantem do łóżka ani zauroczyć się celem. Grożą za to grzywny zapisane w umowie. Właściciel jednej z firm uważa też, że niemoralną prowokacją jest podsunięcie figurantowi osoby "przebiegle pięknej", bo temu nikt nie będzie umiał się oprzeć. Dlatego stawia na weryfikatorów, jakich można spotkać na ulicy.

W tej pracy wiek i wygląd nie są najważniejsze. Liczy się, czy w agencie drzemie potencjał prowokacyjny.

Cały tekst w najnowszej "Polityce".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM