Markowski nie wytrzymał: Absurdy na drogach nie znikają. Tylko minister mówi, że znikają

- Nie ma drugiego takiego kraju, który byłby tak oznakowany. To jest wręcz neurotyczne zastawienie dróg znakami! - oburzał się w "Poranku TOK FM" prof. Radosław Markowski. Odpowiadał tym samym ministrowi transportu, budownictwa i gospodarki morskiej, który planuje wprowadzenie Narodowego Programu Poprawy Bezpieczeństwa Drogowego.
Dzisiaj minister Sławomir Nowak przedstawił założenia do Narodowego Programu Poprawy Bezpieczeństwa Drogowego. W dużej mierze program opiera się na... stawianiu fotoradarów. Jednak zdaniem prof. Radosława Markowskiego, który był gościem "Poranka TOK FM", są jeszcze inne ważne aspekty ruchu drogowego, którymi należałoby się zająć priorytetowo. - Nie ma drugiego takiego kraju, który byłby tak oznakowany - zaczął wymieniać Markowski. - Uważam, że to jest wręcz neurotyczne zastawienie dróg znakami, w których co chwilę, co kilkaset metrów czegoś się od nas wymaga - dodał naukowiec. I kierowca.

- Notabene tych znaków nie widać, bo kraj jest zawalony brudem reklam na ulicach - podkreślił socjolog. - Kiedy się jeździ po Europie, to - stawiam każde swoje pieniądze - w Polsce znaków drogowych jest dwu-, trzykrotnie więcej niż gdziekolwiek indziej. Do tego dochodzi kwestia prędkości na tych znakach: na świecie są najczęściej ograniczenia prędkości odpowiednio: do 50, do 70, do 90. A u nas? Nie wiadomo z jakich powodów wymaga się od nas, żebyśmy zwolnili czasami do 30, czasami do 40, czasami do 20. Tego jest po prostu o wiele za dużo - podkreślił profesor.

Podał też przykład: - Jechałem dzisiaj Wisłostradą, pod Mostem Łazienkowskim. Na odcinku pół kilometra co 50 metrów powtórzone są trzy te same znaki: "dla ciężarówek", coś tam jeszcze i ograniczenie do 70 km/h. Absurd. I to nie znika, to jedynie minister mówi, że znika.

A wizja? "W Budapeszcie, w Wiedniu..."

- Drugą kwestią jest to, że aby można było sensownie poruszać się samochodami, musi istnieć jakaś wizja transportu publicznego - zaznaczył gość Janiny Paradowskiej. - Pomieszkuję w takich miastach jak Budapeszt i Wiedeń. Tam - dzięki tej wizji - nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby używać samochodu.

- A dlaczego ludzie przyspieszają i jeżdżą jak szaleni czasami po Warszawie? - kontynuował Markowski. - Bo Warszawa to jedyne miasto, które znam, gdzie nie ma nigdzie "zielonej fali". W Budapeszcie np. nie będę jechał więcej niż 50 km/h głównymi arteriami miasta, ponieważ zaraz stanę na czerwonym świetle. Ale jak będę jechał 50 km/h, to mogę jechać nawet 15 minut bez zatrzymywania się na światłach.

- Pominę takie rzeczy, jak to co widzimy na Słowacji, Bułgarii czy Rumunii, czyli że na bocznych drogach jest silnie zarysowany biały pas do nocnej jazdy, który pokazuje gdzie jest droga. Na tysiącach kilometrów polskich dróg po prostu nie widać, gdzie jest droga.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM