Bandyta z Sanoka: "Nie będę gadał z psami". "I wtedy policja powinna móc użyć siły, ale prawo ją krępuje"

Dlaczego policja tak długo czekała, by wejść do mieszkania 32-letniego Andrzeja B. w Sanoku? Gdy przestępca odmawia negocjacji i strzela do ludzi, policja powinna móc wyeliminować go siłą - mówią zgodnie były dowódca GROM Roman Polko i policyjny negocjator Dariusz Loranty. I obaj podkreślają: dziś nie ma przepisów, które to umożliwiają, co więcej, prawo utrudnia policji skuteczne działanie.
- Próba nawiązania rozmowy z zabarykadowanym mężczyzną podczas akcji policji w Sanoku się nie udała, ale wiem z moich źródeł, których nie zdradzę, że odpowiadała dziewczyna - ta 17-latka, która z nim była. To, co mówiła, można złożyć w jeden komunikat: że "on z psami nie będzie rozmawiał" - mówi portalowi Gazeta.pl doświadczony policyjny negocjator Dariusz Loranty.

- Cała postawa tego człowieka w tej sprawie świadczyła, jaka to jest osoba - niebezpieczna, zdeterminowana. My w żargonie mówimy, że był "elektryczny", czyli spięty. Bo to jest taki typ osoby, która mówi: "Ja z psami nie dyskutuję! Weźta mnie żywcem, psy, jak jesteście takie cwane". W środowisku przestępczym to nie jest irracjonalne zachowanie - dodaje.

Samą próbę negocjacji w Sanoku Loranty ocenia jako poprowadzoną "w miarę poprawnie". - Z punktu widzenia obowiązujących przepisów i praktyki prawnej działali prawidłowo - mówi.

B. dowódca GROMu: Brak uregulowań działania snajperów

Co mogła zatem zrobić policja po fiasku negocjacji?

- Nigdy nie kwestionowałem wyszkolenia policji, ale cały czas mówię o braku systemu. Dalej nie ma uregulowań dotyczących użycia broni snajperskiej czy środków, które mogłyby w sposób chemiczny wykorzystane, żeby obezwładnić napastnika. I źle się to skończyło - komentował w TVN24 akcję policji w Sanoku, w trakcie której zabarykadowany w mieszkaniu z 17-letnią dziewczyną 33-letni Andrzej B. zastrzelił ją i siebie, były dowódca GROM, generał Roman Polko.



- Na szczęście [Andrzej B.] nie miał całego arsenału broni - bo równie dobrze mogłoby się okazać po wejściu antyterrorystów, że całe mieszkanie zrobiłoby wielkie "bum" - mówił gen. Polko. - Policyjni antyterroryści znają swoją robotę, ale często brakuje "głowy" - kogoś, kto podejmie decyzję, że w sytuacji, w której ten człowiek wychyli głowę na zewnątrz, to - jeżeli będzie stwarzał zagrożenie - ma paść natychmiastowy strzał - dodał.

Podkreślił, że "Newtown policja nie czekała i nie mówiła, że najważniejsze jest życie ludzkie, w tym bandyty". Wczoraj słyszałem, że "policja to nie wojsko". Ochrona życia jest cenna, ale w takim wypadku trzeba działać skutecznie i szybciej, niż to zrealizowano - podkreślał były dowódca GROMu.

Krępujące przepisy? Tak, bo "policja ma nie zabijać"

Dlaczego na krytykę Romana Polko dotyczącą akcji policjanci odpowiadali, że "policja to nie wojsko"?

- Proszę sobie przypomnieć akcję sprzed 10 lat, jak szaleniec wziął zakładników na wizji w TV. Policja go sprawnie obezwładniła i na wizji ostro potraktowała, bo nie da się takiej akcji prowadzić inaczej. A wie pan, że ich ukarano za nadmierne użycie siły w stosunku do zagrożenia, bo on już leżał? - mówi portalowi Gazeta.pl Dariusz Loranty.

- Najważniejszym przepisem w ocenie działań policji przez prokuraturę będzie ustawa o policji, gdzie jest czarno na białym, że policja ma nie zabijać! "Policjant ma użyć broni jak najmniej skutkowo" - mówi.

"Policja powinna mieć możliwość eliminacji takiej osoby"

Nasz rozmówca zgadza się jednak z gen. Polko, jeśli chodzi o brak przepisów regulujących siłowe działania policji. - Policja powinna mieć przepis, który, gdy ktoś swoim zachowaniem sprowadza groźbę powszechnego zagrożenia w rozmiarze znacznym, daje jej prawo do eliminacji takiej osoby - podkreśla Dariusz Loranty. I zaznacza, że "w Polsce powinien być system zarządzania taki tą sytuacją, że powinna być w to włączona od początku prokuratura".

- A teraz zaczyna ona swoje działania po zakończeniu całej sprawy. System przepisów w Polsce ma jedno zadanie: wskazać błędne działania policji. Jak pan nagra, że policjant, po akcji, na przykład przyjął od pana czekoladę, to prawo w tym przypadku jest jasne: dyscyplinarka z pracy i osądzamy za przyjęcie łapówki. To pokazuje kulturę prawną wokół działań policji - mówi policyjny negocjator.

Według obecnych przepisów było wszystko OK. Ale kto zaryzykuje?

- Ci policjanci są spętani stresem zawodowym wynikającym z tej sytuacji, a od dziś zaczęły ich badać dwa czynniki: dochodzeniówka i Biuro Spraw Wewnętrznych. Proszę pana, proszę mi wierzyć, nie przy takich akcjach byłem. Wie pan, co by było, jakby im tam najprostszą metodę zastosowali? A wie pan, jaką? Biorę rurkę, przez rurkę im tam do środka wciskam na gęsto pieprzówki (gaz pieprzowy), oni się drą, my wpadamy, lejemy - i są "bezskutkowi", czyli nikt nie zginął - mówi nam Loranty.

A wtedy, według słów naszego rozmówcy, "Biuro Spraw Wewnętrznych z automatu robi sprawę temu, kto wydał polecenie użycia gazu w pomieszczeniu zamkniętym". - Pan mi powie, który policjant zaryzykuje minimum 6 miesięcy swojej pensji. Ale tak - według obowiązujących przepisów i zasad wszystko było w porządku.

DOSTĘP PREMIUM