Dałem na Orkiestrę, więc na rok mam spokój z pomaganiem?

- Rokrocznie udaje się zebrać wielkie pieniądze, jednak równie spore zostają przy tej okazji "przejedzone" - zgłasza wątpliwości ks. prof. Piotr Morciniec, bioetyk. - Przy całej swojej wartości WOŚP rozgrzesza wielu z nas z dobroczynności na cały rok. No i czy właściwe jest rozgrzeszanie państwa z braku troski o odpowiednie wyposażenie szpitali?
Beata Łabutin: Dość powszechne jest przekonanie, że Kościół jest w opozycji do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Czy tak rzeczywiście jest?

Ks. prof. Piotr Morciniec, wykładowca na Uniwersytecie Opolskim: W tym roku takie opinie czy głosy wywołała zapewne dość beztroska w moim przekonaniu wypowiedź Jerzego Owsiaka dotycząca eutanazji, która - w kontekście słusznej idei pomocy starszym - zabrzmiała tak, jakbyśmy mieli im pomagać także w umieraniu. To zły sygnał.

To jednak zostało wyjaśnione i zdementowane.

- Oczywiście, pomińmy więc ten wątek, choć uważam, że ktoś z takim autorytetem powinien być bardzo uważny w swoich wypowiedziach. Co do samej Orkiestry, to jej ocena jest w moim przekonaniu dość złożona. Od początku raziło mnie niewychowawcze zawołanie: "Róbta, co chceta". Bo jeśli chcemy pracować z młodymi ludźmi, jeśli ich porywamy, to koniecznie trzeba związać ich z wartościami. A to hasło działa odwrotnie.

Ma ksiądz także inne wątpliwości.

- Widzę jeszcze kilka znaków zapytania. Po pierwsze - oczywiście rokrocznie udaje się zebrać wielkie pieniądze, jednak równie spore zostają przy tej okazji "przejedzone", czyli wydane na organizację wszelkiego rodzaju imprez, fajerwerków itd. Pojawia się pytanie, czy to nie jest nadmierne marnotrawienie środków.

Po drugie: czy to jest do końca moralnie dobre, że poprzez Orkiestrę, której ogromną pracę naprawdę doceniam, trzeba finansować coś, co powinno być zagwarantowane społeczeństwu na poziomie rozwiązań politycznych, Ministerstwa Zdrowia? Czy właściwe jest rozgrzeszanie państwa z braku troski o odpowiednie wyposażenie szpitali i finansowanie go z wolnych składek obywateli?

I rzecz najważniejsza: nasze osobiste rozgrzeszanie się na rok z dobroczynności. Myślenie w kategoriach: dałem na Orkiestrę, więc na rok mam spokój z pomaganiem innym.

Odwróćmy jednak sytuację: wielu z nas - gdyby nie Orkiestra - nawet raz w roku nie zdobyłoby się na taki gest. To wartość sama w sobie.

- Na pewno tak. Powtarzam jednak: jednorazowy gest nie zwalnia nas od empatii i pomagania innym stale.

A to, że robimy coś wielkiego wspólnie? To wielka wartość.

- Tak, to jest cenne. Udaje się porwać wielkie rzesze osób zaangażowanych w Orkiestrę. Powtarzam jednak: brakuje mi tu elementu wychowawczego, zarówno co do wartości, jak i do stałej wrażliwości na innych.

Ale przecież sam fakt, że młodzież robi coś razem, w dobrym celu, to już plus wychowawczy. Przez kilkanaście godzin, przez kilka dni, czujemy się jednością w czasach, kiedy tak bardzo alienujemy się z naszych społeczności.

- Jak najbardziej. To prawda. Mamy dużą zdolność angażowania się akcyjnego, gorzej jednak jest na co dzień. Zrywy to przecież "polska konkurencja". Codzienne życie we współpracy, w harmonii, wychodzi na gorzej. Dobrze, że potrafimy się zorganizować, szkoda, że tylko akcyjnie, od okazji do okazji. A potem na co dzień pozostajemy na siebie obrażeni.

Trzeba też dodać Orkiestrze na plus, że jest akcją ponadpartyjną, ponad wszelkimi opcjami i problemami, które nas dzielą na co dzień. To jest bardzo ważne - ona łączy.

No i zebrane ogromne pieniądze, które zostają zainwestowane w dobre, pożyteczne dzieło, z zastrzeżeniem, o którym już mówiłem. Bezcenne jest, że w tym roku dostrzeżono także ludzi u schyłku życia.

Patrząc na dzieło Orkiestry, widzę zbieżność tego, co robi, z nauką Kościoła. Bo w założeniach i jednej, i drugiej jest otwarcie się na bliźniego, pomoc potrzebującym.

- Gdy chodzi o wrażliwość, dobroczynność, niewątpliwie tak jest. Tylko że Kościół akcentuje to przesłanie bez przerwy, a Orkiestra okazjonalnie. Bez stałej wrażliwości na potrzeby innych mamy raczej manifestację niż wypracowaną postawę.

Przyzna ksiądz jednak: warto porwać niektórych do wspólnego dzieła pomocy bliźniemu przynajmniej raz w roku.

- Warto porwać, ale niedosyt po akcji pozostaje. Bo lepsza byłaby stała wspólna wrażliwość i otwartość.

Wrzucił ksiądz coś do puszki?

- Nie, bo nie było mnie w kraju. Powiem jednak, że widząc pozytywy WOŚP, pozostaję dość sceptyczny. Bo moja "orkiestra" gra przez cały rok i właśnie tak bym chciał widzieć pomoc potrzebującym.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM