Mąż stał, a ja rzucałam w niego wszystkim co popadnie. Nie bronił się [SYPIAJĄC Z WROGIEM, CZ.3]

To było tak: przypadkowe odkrycie, że mąż od kilku lat zdradza z tą samą kobietą. Potworny trójkąt emocjonalny. Depresja, próba samobójcza, walka z własnym organizmem. - Zrobili sobie wycieraczkę, mój mąż wycierał o mnie buty. A ja weszłam w to jak w masło - mówi nam Hanna. I jeszcze: - Czasem miałam wrażenie, że pali mnie całe ciało. Niesamowity, fizyczny ból. Samozapłon.
W pierwszym odcinku cyklu [SYPIAJĄC Z WROGIEM] rozmawiałem z psychoterapeutą Maciejem Bennewiczem o związkach i rozstaniach. Mój rozmówca podkreślał, że rozstania są dobre, że lepiej, by niedojrzały, toksyczny związek się rozpadł. Dziś poruszająca rozmowa z kobietą, na którą rozstanie spadło niespodziewanie, która starała się ratować swoje małżeństwo i której depresja - niewiele brakowało - skończyłaby się tragicznie.

Łukasz Głombicki: Dlaczego rozpadają się związki?

Hanna*: - Wydaje mi się, że przez nudę. Czas, rutyna, wszystko się powtarza i wygląda identycznie. Aż do rozstania... W moim przypadku nie było tak, jak mówił pan Bennewicz. Nie było spokojnie, dojrzale i z uściśnięciem dłoni. To rozstanie było najbardziej traumatycznym momentem w moim życiu.

Co się wydarzyło?

- Po 25 latach małżeństwa okazało się, że mój mąż się zakochał. W dodatku nie miał na tyle odwagi, żeby po prostu odejść. Tkwiłam w tym miesiącami...

Była inna kobieta?

- Tak. Kilka lat wcześniej, przed rozstaniem, dowiedziałam się o kochance, ale mówił mi, że to już koniec. Że ją rzucił. Uwierzyłam i wybaczyłam mu.

Jak dowiedziałaś się, że nadal się z nią spotyka?

- Przypadkiem. Zaprosił gości na grilla w końcówce listopada, dzień przed moimi urodzinami. Idiotyczny pomysł, jak dla mnie, szczególnie, że następnego dnia robiliśmy imprezę dla większej liczby znajomych.

Siedzieliśmy w ten mróz przy kominku w ogródku. Znajomi poszli, on się upił. Za dużo wypił wtedy. Sprzątaliśmy po gościach, miał mi przynosić naczynia do kuchni. Raz przyniósł, drugi raz przyniósł, a za trzecim już nie przyniósł. Ubrałam się, idę po resztę. A on stoi plecami do domu i rozmawia przez telefon. Nie usłyszał mnie i nie wiedział, że idę. A ja słyszałam całą rozmowę. Nie pamiętam kompletnie, o czym była... W pewnym momencie skończył, odwrócił się i mnie zobaczył.

Zadałam mu tylko jedno pytanie: czy to ta sama. Powiedział, że tak. Stałam jak wryta, nie byłam w stanie się ruszyć, jakbym zapuściła korzenie. Dodał jeszcze: "Boże, jak to dobrze, że nareszcie wiesz". Męczyło go to oszukiwanie. A mnie od razu pootwierały się wszystkie klapki w głowie. Wszystko mi się wyjaśniło. To dlatego się wtedy spóźnił, dlatego go tam nie było...

To było po 25 latach małżeństwa?

- Tak. Dowiedziałam się po 25 latach małżeństwa. Ale najgorsze, kiedy to się stało: ten moment, kiedy zaczął mnie zdradzać. 19 lat po ślubie cywilnym wzięliśmy ślub kościelny. Nie zrobiliśmy tego z przymusu. Chcieliśmy tego. A on poznał ją kilka miesięcy po tym naszym ślubie. I potem pięć lat mnie oszukiwał.

W dodatku... Przed ślubem miałam poczucie winy. Nikt nie jest święty. Miałam ogromną potrzebę powiedzenia mu, co zrobiłam, że go zdradziłam. On opowiedział mi z kolei o swoich przygodach. Mieliśmy godzinę szczerości. Wybaczyliśmy sobie... Wiem, że to była głupota, każdy mi mówi, że nic gorszego nie mogłam zrobić, niż powiedzieć facetowi o zdradzie. Ale to było silniejsze ode mnie. Musiałam to zrobić przed ślubem kościelnym, bez względu na konsekwencje. I jego kochanka to były te konsekwencje.

Powiedziałaś, że go męczyło to oszukiwanie. Rozumiałaś go, usprawiedliwiałaś? Dowiedziałaś się, że cię zdradza i co czułaś?

- Nic. Pustkę. Świat mi się zawalił zupełnie. Po tym pierwszym wyznaniu wierzyłam, że to naprawimy. Dałam mu szansę. Nie rozstaliśmy się wtedy, a ja myślałam, że nadal wszystko jest w porządku. Przewrotność tej sytuacji polegała na tym, że mój mąż nauczył się wtedy kłamać... Za drugim razem wiedziałam, że to koniec. Jakby życie przestało istnieć.

Myślałaś o tym, co będzie jutro, za miesiąc?

- Najgorsze było to, że on nie potrafił podjąć decyzji. To mnie dosłownie zabijało. Jak to się wtedy wydało, wziął kluczyki i chciał gdzieś jechać, bo "on odchodzi". Wyrwałam mu te kluczyki, bo jeszcze by kogoś zabił po pijaku. Poszedł piechotą, nie wiem, gdzie. Minęła noc, ja byłam w czarnej rozpaczy. Następnego dnia przyszli sąsiedzi, próbowali mnie uspokoić. Były też moje dzieci. Odwołali imprezę Mąż się nie odzywał.

Wieczorem zadzwonił, zapytał, czy może wrócić. Jak to usłyszałam, to mi się serce uradowało, myślałam, że to przemyślał. Bardzo czekałam, aż przyjedzie. Wszedł, usiadł obok, zaczął mnie głaskać po plecach, przytulać. Chciałam, żebyśmy porozmawiali. Poszliśmy na górę, stanęliśmy z dziećmi w kuchni, a on milczał. "Masz mi coś do powiedzenia?". A on nic. A potem, jak gdyby nigdy nic, położył się ze mną spać.

I to trwało dwa miesiące. Oficjalnie wiedziałam, że ma kochankę, ona wiedziała o mnie. On sobie wychodził rano do pracy, po pracy jechał do niej, a na noc wracał do domu.

Co się z tobą działo?

- Codziennie na niego czekałam. Codziennie mu prałam, gotowałam, prasowałam. Nie wiedziałam, o co chodzi. W którą stronę on chce się zdeklarować. Wybrał najwygodniejszą dla siebie formę - był i z nią i ze mną. Najgorsze było, jak kładliśmy się do łóżka. Bo co dalej? On sobie wymyślił, że jeżeli położy się do mnie tyłem, to robił to z nią i nie może ze mną, a jak się położy przodem, to znaczy, że może ze mną. I ja się na to zgodziłam

Dlaczego?!

- Bo jak nigdy potrzebowałam wtedy jego bliskości. Wydawało mi się, że może się zmieni, zobaczy, że ze mną jest lepiej niż z nią. Brnęłam w trójkąt. Weszłam w niego jak w masło.

Potworne. Co musiało się stać, żebyś stwierdziła: "dość!"? Gdzie była granica?

- To był zły układ, potworne nerwy, awantury. Zeszliśmy kiedyś do baru w piwnicy na rozmowę. Ja wybuchłam. To wszystko, co we mnie siedziało, nagle wybuchło. Zdemolowałam cały bar. Mąż stał tam w rozkroku z zasłoniętą głową, a ja rzucałam w niego wszystkim, co mi wpadło w ręce. A on się nie bronił.

Wigilia wyglądała strasznie, nawet do siebie nie podeszliśmy. W pierwszy dzień świąt były zaręczyny mojej córki. Nazajutrz dzieciaki gdzieś pojechały, a on wstał i powiedział, że wychodzi, "bo idzie na święta". Odpowiedziałam mu, że przecież są święta, więc chyba będzie ze mną.

Ale zostawił mnie samą. Poszłam do sąsiadów. Upiłam się. Wróciłam do domu. Jeszcze chciałam się napić. Straciłam świadomość. Łyknęłam wszystkie środki uspokajające, jakie miałam w domu. Ocknęłam się w szpitalu. Uratowało mnie to, że w tej nieświadomości zadzwoniłam do jego matki. Nie wiem, co jej mówiłam. Teściowa zadzwoniła do sąsiadów, oni po karetkę. Dzięki temu żyję.

Chciałaś się zabić?

- Nie. Nigdy o tym nie myślałam. Ale to zrobiłam. Potem te przepychanki i awantury w domu trwały. Mąż pytał, czy może sobie jeszcze pomieszkać, zanim coś znajdzie, ja się zgadzałam. Były momenty, kiedy potrafiłam klęczeć koło jego nóg i błagać go...

Żeby?

- Żeby został. Ciężko mi o tym mówić.

Nie wyobrażałaś sobie życia bez niego?

- Zupełnie. Zrobiłam z siebie wycieraczkę do podłogi. Wycierał sobie o mnie buty. Potrafił wyjechać na weekend i prosić mnie, żebym mu zrobiła bigos. Ja mu robiłam ten bigos, a on z nią wyjeżdżał i sobie wpieprzali ten bigos. Z nią sobie wyjeżdżał A mi przysyłał kwiaty. Zamawiał w kwiaciarni wielki bukiet kwiatów i jak wyjeżdżał, to dostawałam je do domu. I płakałam.

Kiedy się w końcu wyprowadził?

- Szukaliśmy lokalu na wesele córki. Spotkaliśmy się wieczorem przy jakiejś restauracji, mówię do niego, że wracamy do domu. Patrzył na mnie takim dziwnym wzrokiem, jakby nie widział, jakby przeze mnie przenikał. Z dziwną miną mówił, że nie, nie, nie, on nie wraca do domu, bo musi jechać do pracy. Jak jakiś wariat! Oczywiście umówił się z nią. Wsiadłam w samochód i nie wiem, jak dojechałam do domu te 30 km. Wpadłam, rozebrałam się do bielizny, wzięłam worki na śmieci i zaczęłam go pakować.

Pękło coś w tobie?

- Pękło. Powiedziałam sobie basta! Pora zacząć zadbać o siebie i swoje życie. Z tego już nic nie będzie i ja muszę podjąć decyzję, bo na jego decyzję mogę się nie doczekać przez rok, dwa... To za długo trwało. Robili ze mnie wariatkę. Ona potrafiła na telefon domowy i jego komórkę wydzwaniać po 60 razy wieczorem. Raz byliśmy u sąsiadów na imieninach, on nie wziął telefonu. To do mnie zaczęła dzwonić, żebym jej dała mojego męża do telefonu. Mojego męża! Powiedziałam jej "spadaj", ale nie dawała za wygraną. W końcu wzięłam ten telefon, rzuciłam w męża, powiedziałam mu "spierdalaj!" i poszłam do domu. Wsiadłam w samochód i pojechałam, gdzie mnie oczy poniosły, trasą katowicką. Wróciłam po dwóch godzinach.

Gdybym dłużej w tym trwała, naprawdę zrobiłabym sobie krzywdę. Nie mogłam tego wytrzymać. Świadomie robili ze mnie idiotkę. Nie można nieświadomie krzywdzić drugiego człowieka w taki sposób.

Ale udało Ci się z tego wyrwać...

- Tak. Wszystkie jego ubrania spakowałam do tych worków. Zadzwoniłam do niego, żeby przyjechał do domu i zabrał swoje łachy. Przyjechał dość szybko, jak zobaczył te worki w przedpokoju, to oniemiał. Mówi do mnie: to tak radykalnie? Odpowiedziałam, żeby spierdalał. Że mam dość. Kazałam mu oddać drugie klucze od domu, pakował się z dwie godziny, ja siedziałam przed telewizorem i trzęsłam się tak, że nie byłam w stanie wziąć pilota do ręki. Jak już się spakował, uklęknął przede mną i powiedział, żebym się nie przejmowała, bo on zawsze będzie o mnie dbał.

Dlaczego tak powiedział, jak myślisz?

- Wtedy pewnie myślał, że tak właśnie będzie robił. Że będzie dawał mi jakieś pieniądze na dom. Pojechał. Doprowadziłam się do ładu, położyłam do łóżka, ale chyba nie spałam. Następnego dnia wstałam, ładnie się ubrałam, pojechałam do pracy i mówię: dziewczyny, wywaliłam swojego męża z domu! Czułam ulgę. Dostałam owacje na stojąco.

Ale, jak to powiedziałam, wpadłam w dół, z którego bardzo długo nie mogłam wyjść. To jedno zdanie było jedynym momentem euforii. Nagle wszystko do mnie dotarło.

Co się z tobą potem działo?

- W ciągu dwóch tygodni schudłam 10 kilogramów, aż mnie lekarz chciał do sanatorium wysłać. Nie widać mnie było zza łopaty.

Jadłaś coś?

- Nic. Okazuje się, że można przeżyć, nie jedząc. Miałam taki ścisk w gardle, że mogłam tylko pić płyny. Wprowadzili się do mnie rodzice i próbowali mnie karmić. Nie wychodziło im za dobrze. Znajoma mi poleciła, żebym sobie owsiankę na mleku gotowała. Bo to jest rzadkie, nie trzeba gryźć. Swoją drogą, mój syn do tej pory, jak widzi, że gotuję sobie owsiankę, to pyta, czy coś się stało.

Wieczorami wypijałam pół litra wódki. Nie popijając niczym. I byłam trzeźwa. Nawet zadzwoniłam do znajomego alkoholika po "poradę". Przecież tyle się mówi, że można zalać problemy, smutki, napiję się, to mi przejdzie. A ja piję i mi nie przechodzi. Powiedział, że jestem w takim stanie, w takiej depresji, że alkohol na mnie nie działa. Jak woda. Następnego dnia wstawałam i szłam do pracy. Ani kaca, ani suchości w ustach.

Spałaś?

- W ogóle. Byłam u lekarza, który mi przepisał jakieś psychotropy, leki uspokajające i nasenne. Uzależniłam się błyskawicznie. Po nich faktycznie można było na chwilę zasnąć, choć ciężko to nazwać snem. Nienawidziłam tego stanu, wybudzałam się z niego w dziwny sposób. Wydawało mi się, że moje łóżko to jest jakaś czeluść, w której się zapadam i nie mogę z niej wyjść. Budziłam się zlana potem i przerażona.

Postanowiłam odstawić lekarstwa, bo stwierdziłam, że bardziej mi szkodzą, niż depresja. Wymyśliłam, jak to zrobić. Człowiek w depresji nic nie może zrobić. Chcesz się napić herbaty, ale nie wstaniesz, żeby ją sobie zrobić. Więc postanowiłam nie mieć tych lekarstw i wody przy łóżku, tylko trochę dalej. Żeby je wziąć, musiałam wstać. To było wręcz niewykonalne. Możesz sobie wyobrazić? Ale się zmuszałam. Po iluś dniach zamykałam te proszki na klucz, w szafce na parterze. Żeby je wziąć, musiałam wstać, założyć szlafrok, wyłączyć alarm, zejść na dół, znaleźć klucz i otworzyć szafkę, wziąć lekarstwa i tą samą drogą wrócić na górę. I w końcu odstawiłam te leki.

Szukałaś pomocy?

- Byłam u psychiatry, psychologa, ale to kompletnie nic nie dało. W takiej sytuacji człowiek musi sam wziąć się w garść. Znikąd pomocy, mimo że cały czas miałam przy sobie rodzinę. Syn mieszkał ze mną, wprowadzili się rodzice, a na weekendy przyjeżdżała córka.

Każdy dzień wyglądał tak samo - zalewałam się i ryczałam godzinami. Leki robiły mi taką dziurę w mózgu, że nie byłam w stanie myśleć. Byłam jak roślina. Miewałam momenty - coś strasznego - że miałam wrażenie, że pali mnie całe ciało. Jakby mnie ktoś żelazkiem prasował od spodu. Niesamowity, fizyczny ból. Samozapłon.

Zadzwoniłam do męża, żeby mi pomógł, bo tak się źle czuję. Stwierdził, że histeryzuję i żebym sobie zadzwoniła do lekarza. To zadzwoniłam do znajomego lekarza, a on mi powiedział, że to objaw bardzo ciężkiej depresji. Zapytał, czy wzięłam psychotrop. Wzięłam. Powiedział mi: "to weź drugi, bo na to nie ma lekarstwa". Marzy ci się śnieg, żeby w niego wejść, bo inaczej się zapalisz.

Jak udało Ci się z tego wyjść?

- Widać Bóg miał inne plany wobec mnie. Któregoś dnia wracałam wieczorem samochodem od znajomych. Wracałam do domu, którego wtedy nienawidziłam. Nie chciałam w nim być. I myślałam sobie, jadąc, żeby mnie ktoś zaprosił na kawę, żeby nie musieć tam wracać.

Obok mojego auta jechało drugie. Nie zwracałam na nie uwagi. Tamten kierowca wyprzedził mnie, włączył kierunkowskaz i tak jechał, a ja, jak ta ostatnia sierota nic nie kumałam. W końcu facet daje po heblach, zatrzymuje się i podchodzi do mojego samochodu. Otwieram okno, a on pyta, czy bym z nim na kawę nie poszła!

Zawróciliśmy i pojechaliśmy na kawę. Tak się zaczęła nasza znajomość. To był bardzo młody chłopak. Po przejściach, jak i ja. Spotykał się ze mną, wyciszał mnie, nie wstydził się mnie, mimo że się cała trzęsłam. Chodziliśmy do klubów, poznałam jego znajomych.

Był bardzo przystojnym młodym człowiekiem (śmiech). Zadzwonił do mnie raz, że jest w okolicy, czy mogę podjechać. Podjechałam, wsiadł do samochodu, spojrzałam na niego. I w tym momencie poczułam, że jestem kobietą. Takie mnie podniecenie napadło, że sobie pomyślałam: chyba wracam do żywych. Mój organizm domagał się fizycznej bliskości z facetem.

Umówiliśmy się, spotkaliśmy, zaczął się do mnie dobierać, a ja na to: chwila! A masz prezerwatywy?! On mówi "Jezu, przestań, jakie prezerwatywy, przecież się zabezpieczasz". Ja tak, ale on? No i nici z seksu. Ale jak się spotkaliśmy następnym razem, to miał ze sobą siateczkę, a w środku chyba wszystkie prezerwatywy z możliwych, do wyboru, do koloru (śmiech). Wtedy sobie pomyślałam, że skoro młody, fajny facet się ze mną umawia, to może nie jestem taka ostatnia.

A wcześniej jak było?

- Myślałam o sobie na zasadzie murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Dzieci urodziłam, byłam ponad 20 lat po ślubie, miałam wnuka i nie byłam już do niczego potrzebna. Powinnam umrzeć. A nagle się okazało, że jestem potrzebna. Że mam dzieci, które mnie nie opuściły w tych ciężkich momentach, były przy mnie cały czas. Że jestem atrakcyjna i młoda. Przez pół roku to miałam facetów jak na pstryknięcie. Jeden był od chodzenia na kolacje, drugi od teatru, trzeci od kina, czwarty Bóg wie od czego, piąty od bzykania Każdy był od czegoś.

Oczywiście nigdy nie myślałam o tym, żeby sobie z którymś ułożyć życie. Byłam tak zraniona, to był taki ból... Ciężko to określić. I fizyczny, i psychiczny.

Ale życie bywa przewrotne...

- Miałam sąsiada, który też rozstał się z żoną i został sam z dzieckiem. Doskonale się znaliśmy. Znajomi się z nas śmiali, że tak latamy na te różne randki, zamiast się ze sobą umówić. No i raz poszliśmy do kina, potem na grilla... Zaczęliśmy się spotykać. Pomyśleliśmy, że życie jest tak krótkie, my mamy swoje lata, jest nam dobrze ze sobą - a przynajmniej tak nam się wydaje - więc powinniśmy ze sobą zamieszkać.

Zakochałaś się?

- Tak, ale to było takie inne zakochanie. Bardziej przemyślane. Jest mi bardzo dobrze, jestem szczęśliwa, ale cień poprzednich lat wciąż jest gdzieś za nami. My wracamy do tych spraw, znajomi się nas czepiają, jak możemy ze sobą rozmawiać o naszych byłych. A my sobie wszystko opowiedzieliśmy, o wszystkim wiemy. To naturalne, że o tym mówimy. To jest parędziesiąt lat życia. Nie można o tym zapomnieć.

Mój nowy partner, teraz już mąż, dwa razy się rozwodził i też nie chciał się już nigdy wiązać... Ale powiedział sobie, że jak poczuje motylki w brzuchu na czyjś widok, to będzie znak. I był. Czasami ludzie przez całe życie tego nie poczują. A on to znów poczuł - do mnie. Chociaż... bał się tak samo jak i ja.

Zrobiłabyś coś inaczej w swoim życiu?

- Nie.

Brałabyś ten ślub kościelny z byłym mężem?

- Tak.

Powiedziałabyś, że go zdradziłaś?

- Tak.

Przeżyłabyś to samo!

- Prawdopodobnie tak.

A teraz? Jesteś szczęśliwa?

- Tak.

*Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

[SYPIAJĄC Z WROGIEM] to cykl wywiadów, w których staram się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rozpadają się nasze związki. Co robimy źle, jaki wpływ na nasze zachowanie mają wychowanie, rodzina, wdrukowane normy, a o czym - świadomie bądź nie - decydujemy my sami. Jeżeli chcielibyście podzielić się swoimi historiami, piszcie na adres lukasz.glombicki@agora.pl.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM