Bezdomny "śmierdzi" na dworcu. "My, Polacy, ci od Solidarności nie jesteśmy solidarni?" Etyk: "Dokładnie tak"

Prezydent Płocka nakazał otworzyć w nocy dworzec kolejowy dla bezdomnych, by mogli przetrwać mrozy. Pasażerowie zareagowali oburzeniem: płockiej "Gazecie Wyborczej" skarżyli się, że bezdomni śmierdzą, piją, krzyczą. O tym, gdzie kończy się współczucie dla drugiego człowieka, a zaczyna się znieczulica, mówi portalowi Gazeta.pl etyk, prof. Paweł Łuków* z Uniwersytetu Warszawskiego.
Michał Gostkiewicz, Gazeta.pl: Czy rzeczywiście jest tak, że w stosunku do innego, gorszego, brudnego, tak łatwo się włącza nam znieczulica? I dlaczego?

Prof. Paweł Łuków*: - Czynników jest wiele. Po pierwsze nie mamy społecznie zakorzenionych przekonań dotyczących solidarności społecznej...

My, Polacy? Ci od "Solidarności"?

- Tak. Nie mówię tu o "Solidarności" rozumianej jako ruch polityczny. Jesteśmy osobami, które w obliczu np. jakichś katastrof są, owszem, solidarne. Natomiast w takiej codziennej, społecznej solidarności... Kiedy mamy się na przykład dzielić ciężarami życia, albo spróbować ulżyć innym, to raczej każdy z nas działa na własną rękę - czyli na własną korzyść.

Inny czynnik jest taki, że w Polsce istnieje przeświadczenie, że, jeżeli ludzie znajdują się w ciężkiej sytuacji, to w pewnym sensie są sami sobie winni. Bezdomni, czy ogólnie ludzie gorzej potraktowani przez los, bywają postrzegani jako tacy, którzy sami sobie zasłużyli na to, co ich spotkało.

"Sami sobie zasłużyli", bo na pewno piją, lenią się i tak dalej...?

- Na przykład. Bo nie potrafili utrzymać pracy - to jest tego typu myślenie. Rezultat jest taki, że takie osoby nie budzą współczucia, tylko są uważane za ciężar.

Czy uważa pan, że prezydent Płocka dobrze zrobił, otwierając w czasie mrozów dworzec dla bezdomnych?

- Myślę, że jest to działanie jak najbardziej właściwe. To rzadki przypadek, że władze publiczne wykraczają troszeczkę poza swoje zwykłe obowiązki. Ja to odbieram jako bardzo dobry sygnał - że zdarzają się tacy urzędnicy, którzy myślą o obywatelach w trochę innych kategoriach niż tylko jako o petentach.

Są głosy, że prezydent mógł pomyśleć wcześniej, jak rozwiązać problem bezdomnych, a teraz, wpisując się w polską bylejakość, wprowadza tymczasowe rozwiązanie.

- Ale, nawet jeśli mógł o tym pomyśleć wcześniej, to nie oznacza, że teraz nie może pomóc.

Wiemy, że płocki ratusz planuje otwarcie "ogrzewalni", gdzie zimą będą mogli schronić się bezdomni. Tyle że w tym roku nie będzie jeszcze gotowa.

- To tym bardziej - z tego, że czegoś nie udało się przygotować na czas, nie wynika, że miasto powinno zostawić tych ludzi samym sobie. Tym bardziej takie czasowe rozwiązanie wydaje mi się słuszne - że miasto poczuwa się do obowiązku.

W całej tej sprawie istotna jest jeszcze kategoria obrzydzenia, odruchu wstrętu do tego obcego, "gorszego" - ludzie są przeciw, bo bezdomni "piją, krzyczą, załatwiają się pod siebie". Tymczasem straż miejska w Płocku mówi, że to raczej z pasażerami bywają takie problemy...

- (śmiech)

...więc jest przyporządkowanie, że jak bezdomny, to na pewno brudny i pijany, a my jesteśmy porządni i czyści. Czy aż tak jesteśmy egoistyczni, że jeżeli komuś się udało, to super, a jak się nie udało, to trzeba go skreślić?

Nie jest aż tak źle, choć upowszechniają się takie postawy. Wielu Polaków, zwłaszcza tych, którzy pamiętają jeszcze realny socjalizm, wciąż zachłystuje się nowymi możliwościami - że mogą coś zdobyć, że mogą mieć lepsze życie dzięki własnej pracy. Więc ci, którzy mają gorsze życie, jawią się jako tacy, którzy coś zaniedbali i są winni.

To trochę, swoją drogą, nie pasuje do katolickiego kraju - jest bardziej zgodne ze spojrzeniem protestanckim, w myśl którego mamy taki los, na jaki sobie zasłużyliśmy. Katolicy powinni trochę inaczej na to patrzeć.

Ale też po prostu w szkole dzieci nie uczą się raczej, że są bezdomni, którzy cuchną i trzeba im pomóc. Spychamy te osoby na margines i potem, kiedy widzimy je w przestrzeni publicznej, jesteśmy zaskoczeni. Wypieramy z naszej świadomości istnienie takich ludzi, ale oni przecież istnieją. Uciekamy przed czymś, co nie pasuje nam do obrazu świata.

Bo budzi wstręt czy niechęć...

- Panowania nad odruchami wstrętu i niechęci można się nauczyć. Ale tylko wtedy, jeśli będziemy w tych ludziach bezdomnych i biednych widzieć po prostu ludzi, a nie bezdomność i biedę. Nie smród i niedomycie, a ludzi, którzy pod tym brudem, pod tym nieszczęściem, są dokładnie tacy sami jak my.

Zdarzają się przypadki agresji wobec bezdomnych. Ta złość może być oznaką, że odczuwamy wyrzuty sumienia. Bo widzimy, że ci ludzie są tacy również dlatego, że my takie społeczeństwo sobie zorganizowaliśmy i w nim funkcjonujemy. I jesteśmy wściekli, bo tacy ludzie nam mówią, że najwyraźniej niewystarczająco się postaraliśmy. Ten widok, tych biednych, mówi "mogłeś lepiej".



*Prof. dr hab. Paweł Łuków jest etykiem, pracownikiem Zakładu Etyki w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM