"Pytanie: czy jesteśmy gotowi, by uznać prawa obywatelskie swoich bliskich?"

- Związki partnerskie to słowo straszak, oznacza przywileje dla "obcej grupy" - mówi w TOK FM socjolożka Justyna Struzik z fundacji "Przestrzeń Kobiet". - Nie uczymy się o samodzielnych matkach, ojcach. Rodzina to mama i tato, czyli małżeństwo plus dzieci - dodaje.
Joanna Mąkosa: Czy Polacy są gotowi na legalizację związków partnerskich?

Justyna Struzik: Nie lubię tego pytania. Ono dzieli społeczeństwo na dwa obozy - nas jako całość, która ma prawo decydować, czy inni mogą tworzyć takie związki, i te "dziwne grupy", którym możemy dać to prawo lub też nie. Dla mnie związki partnerskie to po prostu prawa obywatelskie. Pytanie, czy jesteśmy gotowi, żeby uznać prawa obywatelskie naszych znajomych z pracy, kolegów czy nawet rodziny, jest trochę obrażające.

Obrażające, ale czy nieuzasadnione?

- Badania pokazują: coraz więcej Polaków jest za związkami partnerskimi. Ale to zależy też od tego, w jaki sposób o nie pytamy. Jeśli są to pytania o konkretne rozwiązania prawne, np.: "Czy geje i lesbijki powinni mieć prawo do uzyskania informacji o stanie zdrowia swojego partnera", to ponad 60 procent ankietowanych odpowiada, że tak. Przy użyciu sformułowania "związki partnerskie" w pytaniu o pary jednopłciowe poparcie jest dużo mniejsze, nieco ponad 20-procentowe. To jednak świadczy o tym, że nie do końca rozumiemy pojęcie związku partnerskiego.

Ono cały czas funkcjonuje jako słowo straszak, oznaczające nadanie przywilejów jakiejś "obcej grupie".

Co Polacy myślą, słysząc "związek partnerski"?

- Niestety, najpierw wizualizuje nam się para gejów, bo tak to funkcjonuje w dyskursie publicznym. Wynika to z tego, że LGTB to najbardziej aktywny i widoczny ruch, to oni przygotowują projekty ustaw, spotykają się z politykami, protestują i taki przekaz dostajemy w mediach. A to nie do końca jest tak, bo przecież związki partnerskie to także nieformalne związki kobiet i mężczyzn.

Konkubinat jest dla nas łatwiejszym, jaśniejszym określeniem związku partnerskiego osób obojga płci?

- W socjologii używamy słowa kohabitacja, bo konkubinat jest nacechowany pejoratywnie. Ale ten dyskurs powoli się zmienia, młodzi ludzi nie mówią "mój konkubent", raczej "mój partner". Z drugiej strony, niestety, ciągle tkwimy w przekonaniu, że związek niesformalizowany jest gorszy.

Dlaczego myślimy, że jest gorszy?

- Instytucja małżeństwa w Polsce jest niezwykle silna, w procesie edukacji bardzo mało uczymy się o tym, że istnieją różnorodne formy życia rodzinnego. Nie uczymy się o samodzielnych matkach, ojcach. Rodzina to mama i tato - czyli małżeństwo plus dzieci. Taki wzorzec jest nam wpajany przez większość instytucji, przez szkołę, Kościół od najmłodszych lat.

Czy w takim razie najpierw potrzebne są nam zmiany w prawie, czy w mentalności?

- To ma być system naczyń połączonych. Usankcjonowanie pewnych kwestii przepisami może spowodować, że szybko uznamy je także społecznie. Prawo to silny czynnik wzorcotwórczy. Problem związków partnerskich jest tak dobrze opracowany przez socjologów, działaczy społecznych, że moim zdaniem nasze społeczeństwo do zmian dojrzało. Chodzi o codzienne problemy bardzo konkretnej grupy ludzi, które taką ustawą można rozwiązać, ale bez kampanii edukacyjnej zarówno formalnej już od szkoły podstawowej, jak i kampanii społecznych może być ciężko.

DOSTĘP PREMIUM