Jerzy Stuhr o abdykacji Benedykta XVI: No bez przerwy dostaję SMS-y, żeśmy proroczy film zrobili

- To wielka odwaga i siła człowieka, a słabość instytucji - mówi o dzisiejszej decyzji Benedykta XVI Jerzy Stuhr w rozmowie z portalem Gazeta.pl. Stuhr zagrał w filmie ?Habemus papam? rzecznika Watykanu, który ma problem, bo wybrany wbrew własnej woli przez konklawe nowy papież czuje się niegodny objęcia urzędu i zamiast przywitać tysiące wiernych, ucieka z Watykanu.
Bohaterem filmu sprzed niespełna dwóch lat ("Habemus papam" w reż. Nanniego Morettiego) jest pogrążony w depresji, cierpiący z powodu samotności papież (w tej roli Michel Piccoli), który wolałby grać w sztukach Czechowa, niż stać na czele Kościoła.

Gazeta.pl: Dziś, po ogłoszeniu abdykacji Benedykta XVI, ta fabuła - mieszanka komedii, dramatu i religijnej refleksji - wydaje się dotykać całkiem realnych problemów.

Jerzy Stuhr: Śledzę komentarze i dochodzę do wniosku, że ta decyzja jest konsekwencją kryzysu Kościoła, a nasz film też po trosze o tym opowiadał. Ciężar odpowiedzialności głowy Kościoła jest zbyt duży i może zaowocować tym, że ktoś się nie czuje na siłach go dźwigać. Również filmowy papież miał odwagę o tym powiedzieć i się do tego przyznać.

Rezygnacja to odwaga?

- Ja tę decyzję bardzo szanuję. To wielka odwaga. Idąc kanonem tego filmu ["Habemus papam" - red.], zwycięstwo bohatera polegało na tym, że on się publicznie przyznał, że chce być prowadzonym, a nie prowadzącym, że nie ma na to sił. I taką decyzję należy niesłychanie poważnie i z pełną miłością rozpatrywać.

Papież powiedział dziś, że aby głosić Ewangelię we współczesnym świecie, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, a ta u niego w ostatnich miesiącach osłabła...

- No dokładnie, jakby mówił monolog, który wygłosił Michel Piccoli. Bez przerwy dostaję SMS-y, że proroczy film żeśmy zrobili.

Josef Ratzinger przyznał, że podczas konklawe modlił się do Boga, by go nie wybrano...

- Z punktu widzenia katolika taka sytuacja słabości papieża, jego abdykacji, tego, że nie czuje w sobie dość siły, by stać na czele, nie może zaistnieć. To dla mnie przejaw trochę chorej sytuacji. Z jakimi protestami z kręgów ultrakatolickich ja się spotykałem przy "Habemus papam". Mówili: no jak to, no przecież człowiek wybrany przez Ducha Świętego nie może mieć kryzysu. A okazuje się, że może.

To wielki dylemat, bo sam papież mówił, że to nie człowiek jest autorem swojego powołania...

- Taka jest doktryna. Mnie niezwykle teraz ciekawi, jak Kościół będzie uzasadniał tę decyzję. Jak myśmy robili film, szukaliśmy w historii podobnego przypadku i znaleźliśmy. Papież Celestyn w 1294 roku nie wytrzymał, ustąpił. To był nasz jedyny promień nadziei, że możemy się czymś podpierać. I teraz mamy drugi raz.

Dlatego ta decyzja Benedykta świadczy o sile człowieka, a o słabości instytucji, bo jak słyszę teraz, że następnym papieżem będzie Włoch, żeby ratować problemy kurii rzymskiej, to już wiadomo, że się polityka w to wkrada. Na pewno włoska frakcja będzie rękami i nogami broniła, żeby już po raz trzeci nikt spoza Włoch nie został wybrany na papieża. A może natrafi na jakąś silniejszą frakcję, która właśnie będzie chciała pokazać, że światu potrzebna jest przemiana. To niezwykle ciekawa sytuacja w Kościele.

DOSTĘP PREMIUM