Były szef 36. specpułku: Raport Millera podaje, że załoga zrobiła wszystko, by się zabić. Bzdura

- Jeśli dowódca mówi "odchodzimy", nikt nie myśli już o niczym innym. Czemu więc nie odeszli? To jest zagadka - powiedział o pilotach prezydenckiego tupolewa ppłk Bartosz Stroiński. W rozmowie z "Wprost" szef eskadry 36. pułku, który lądował w Smoleńsku 7 września 2010 r., z jednej strony nie zostawia suchej nitki na raporcie Millera, z drugiej nie bardzo polemizuje z jego tezami.
To pierwszy od dawna wywiad z dawnym szefem 36. specpułku, który ponad rok temu został rozwiązany po tym, jak wykryto szereg nieprawidłowości w jego funkcjonowaniu. To właśnie jego piloci kierowali prezydenckim tupolewem 10 kwietnia 2010 r. Ppłk Bartosz Stroiński lądował z kolei w Smoleńsku z delegacją polskiego rządu trzy dni przed kpt. Arkadiuszem Protasiukiem. W rozmowie z dziennikarzami "Wprost" zaciekle broni swoich kolegów, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej.

"Co to są te papiery uprawniające do latania?"

- Z raportu komisji Millera wynika, że załoga zrobiła wszystko, żeby się zabić - ocenił ppłk Stroiński. - Tam [w raporcie - red.] wiele rzeczy jest nieprawdziwych. Choćby stwierdzenie, że piloci byli źle wyszkoleni - wypunktował. A gdy dziennikarze zwrócili mu uwagę, że przecież nikt z lecących - poza jednym technikiem - nie miał ważnych uprawnień, odpowiedział pytaniem: - To hipoteza. No bo co to są te papiery uprawniające do latania?

Dalej zwrócił uwagę, że to bezsensowne założenie, że piloci cywilni i wojskowi muszą mieć takie same uprawnienia. Pytany, czy to znaczy, że latający samolotami transportowymi te wymogi omijają, odparł, że tylko "inaczej je interpretują".

"To jest zagadka, która nie daje mi spać"

Stroiński przekonywał, że załoga samolotu nie popełniła też błędów, które sugeruje raport komisji Millera. - Proszę mi wierzyć. Jeśli dowódca mówi "odchodzimy", nikt nie myśli już o niczym innym - oświadczył. Zapytany jednak, czemu w takim razie maszyna nie "odeszła", przyznał, że nie wie: - To jest zagadka, która nie daje mi spać po nocach.

Tymczasem według autorów raportu Millera tupolew miałby szansę wznieść się na bezpieczną wysokość, gdyby nie to, że w pierwszej kolejności włączono automatycznego pilota. Autopilot jednak nie miał możliwości zadziałania, bo lotnisko pozbawione było systemu ILS, który by to umożliwiał. Kiedy z kolei piloci zorientowali się, że muszą przejść na sterowanie ręczne, było już za późno - maszyna znajdowała się zbyt nisko nad ziemią.

"Poza tym ja lubię sobie polatać w rękach"

Według ppłk. Stroińskiego fakt ten nie miał jednak wpływu na katastrofę. Według niego piloci prezydenckiego tupolewa na pewno byli przygotowani na sytuację, w której autopilot nie zadziała. Co więcej bronił także ich decyzji, by w ten sposób lądować.

- Ten samolot [Tu-154M - red.] przeszedł wiele modyfikacji i niektóre z nich doprowadziły do tego, że ręczne podejście do lądowania przy dwóch radiolatarniach było mocno utrudnione - tłumaczył Stroiński. Mimo tego stwierdzenia w odpowiedzi na kolejne pytanie musiał przyznać, że sam 7 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku lądował właśnie "ręcznie". - Mieliśmy ładną pogodę, a poza tym lubię sobie polatać w rękach - uciął.

A tymczasem w raporcie Millera...

Raport Millera, który podpułkownik tak krytykuje, jednak dokładnie opisuje ostatnie minuty na pokładzie tupolewa - w trakcie odczytywania karty kontrolnej ok. 11 min przed katastrofą nawigator przekazał załodze: "ILS niestety nie mamy". I w tym momencie piloci powinni byli zorientować się, że przycisk automatycznego odejścia nie zadziała. Mimo to, jak podaje rządowy raport, "dowódca statku powietrznego o godz. 6:32:58 powiedział: - W przypadku nieudanego podejścia, odchodzimy w automacie".

DOSTĘP PREMIUM