"Co czwarty student plagiatuje prace". Wykładowca: Zachowują się jak palanci, złodzieje, lenie śmierdzące

- Będę wywieszał na tablicach, we wszystkich budynkach kampusu, imiona i nazwiska wszystkich tych, którzy zdecydują się, wzorem wielu poprzedników, postępować jak złodzieje, oszuści, lenie śmierdzące i palanci, oddając mi prace pisemne podpisane własnym nazwiskiem, a skopiowane skądkolwiek - taki apel do studentów wystosował dr hab. Marek Andrzejewski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Jego apel mocno podzielił studentów - informuje portal epoznan.pl. Jedni uznali, że to potrzebna inicjatywa, inni uznali taki sposób wyrazu za nieodpowiedni. Władze uczelni zajmują się tą sprawą. Sam dr Marek Andrzejewski, cytowany przez portal epoznan.pl mówi: - Ja też jako profesor mam swoje nerwy, mam swoją wytrzymałość i widać, że troszeczkę się ona kończy. Stąd taka forma. Ten problem, że studenci nieuczciwie piszą prace, spotykałem wszędzie. Natomiast on się nasilił jak przyszedł internet - dodaje.

O komentarz postanowiliśmy zapytać przedstawicieli uczelni. Agnieszka Książkiewicz z biura prasowego UAM powiedziała nam, że Uniwersytet zdecydowanie potępia plagiaty. - Poprzez ustalone procedury wspieramy osoby, które zamierzają z przywłaszczeniem cudzej własności intelektualnej walczyć - dodała. Nie chciała jednak odpowiedzieć na pytanie, jak uczelnia ocenia postępowania dr. Andrzejewskiego.

"Obelgi są absolutnie nie na miejscu, ale rozumiem emocje"

Zdaniem dr. Sebastiana Kawczyńskiego, prezesa Plagiat.pl, którego firma od lat stara się walczyć z plagiatem, używanie obelżywych określeń niezależnie od sytuacji, jest całkowicie nie na miejscu. - Z drugiej strony te emocje są zrozumiałe. Wykładowca stara się coś od studentów wyegzekwować i robi to dla nich. Przecież mógłby nie zwracać uwagi na to, jakie prace mu oddają, ale chce ich czegoś nauczyć. Jak studenci idą na łatwiznę i kompilują, sklejają, zapożyczają skądś treść swoich prac, to szkodzą sobie, ale jednocześnie oszukują wykładowcę. Więc, powtarzam, te emocje są dla mnie zrozumiałe, ale wyrażone w nieakceptowalnej formie - mówi Kawczyński.

- Paradoksalnie ostre postawienie sprawy przez wykładowcę UAM może się przyczynić do poprawy sytuacji. Władze uniwersytetu planują debatę o plagiatowaniu, sprawą interesują się media. My od 2003 roku staramy się przekazywać uczelniom narzędzia do eliminowania takiego rodzaju praktyk. Bez presji ze strony mediów nie tylko środowisko akademickie, ale jakiekolwiek środowisko, nie oczyści się samo. Ci, dla których kwestia plagiatu i jego eliminowania jest ważna, mogą być panu dr. wdzięczni - dodaje Kawczyński.

Plagiat? "Przynajmniej jedna czwarta studentów"

Według prezesa Plagiat.pl problem plagiatowania jest globalny, a Polska w żaden sposób się w tym nie wyróżnia. - W Wielkiej Brytanii 10 lat temu do plagiatowania przyznało się 25 procent studentów (jeśli chodzi o prace dyplomowe). Badania amerykańskie i niemieckie miały wartości wyższe. W Polsce takich badań jeszcze nie przeprowadzono. Bardzo bezpiecznie i z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że przynajmniej w 25 procentach przypadków w pracach dyplomowych polskich studentów znajdują się fragmenty zapożyczone, nieopisane przypisami, przepisane z innych prac - tłumaczy.

- Z plagiatowaniem jest tak jak z rakiem. Nie ma jednego lekarstwa, ale jak stosuje się wiele profilaktycznych i leczniczych metod - to działa. Na pewno o tym problemie trzeba mówić. Jest coraz większa świadomość, ale nadal nie wszyscy studenci rozumieją, że to jest coś bardzo niewłaściwego - mówi Kawczyński.

Dodaje, że sami wykładowcy powinni zdawać sobie sprawę z tego, że wszystko, co już raz wykorzystano - na przykład temat pracy - jest do znalezienia w internecie. Ważne więc, by tematy zmieniać, modyfikować. - Uczelnie powinny używać oprogramowania antyplagiatowego. Ono nie zastąpi wykładowcy, ale jest pomocne. Plagiatowanie jest powszechne, a to znaczy, że cały system ma problem - tłumaczy.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM