Fantazja w Centrum Onkologii. Szwedzki stół i trzy zupy do wyboru zamiast zimnych parówek [WYWIAD]

Jak to możliwe, że zamiast niesmacznego i niezdrowego posiłku dowożonego wózkiem do łóżka w szpitalu jest restauracja dla pacjentów z kilkoma daniami do wyboru, a do tego szwedzki stół? - Trzeba wiedzieć, czego się chce i iść na wyższy poziom - mówią współzarządzające Centrum Onkologii w Bydgoszczy. - Jest też kwestia organizacji oraz polotu dietetyków i kucharzy.
Od kilku dni opisujemy zawstydzającą jakość żywienia w polskich szpitalach. Pacjenci przysłali nam kilkadziesiąt zdjęć z posiłkami, jakie dostają w szpitalach w całym kraju. Ta galeria robi dość wstrząsające wrażenie. Posiłki muszą być zaskoczeniem także dla pacjentów, na tyle dużym, że fotografują, co dostali do jedzenia i przetrzymują te zdjęcia. Jeden z nich, wysyłając zdjęcie, napisał nawet: - 1,5 roku czekałem na tę galerię.

Lekceważenie, co pacjent je w szpitalu, jest dość powszechne. Zdarzają się jednak wyjątki.

Robert Kowalik, Gazeta.pl: Dlaczego właściwie żywicie pacjentów w restauracji? Inne szpitale dowożą na wózkach jedzenie do łóżek w tzw. systemie tacowym.

Wiesława Windorbska, dyr. ds. medycznych Centrum Onkologii w Bydgoszczy: - Chcieliśmy zintegrować pacjentów, by ich życie w szpitalu uczynić bardziej znośnym. Całe dnie spędzają w łóżku, tam też dotąd spożywali posiłki. Teraz mogą się spotkać trzy razy dziennie w restauracji. To dobrze na nich wpływa. I - jak mówi nasz dyrektor Zbigniew Pawłowicz - jakość jedzenia bardzo wpływa na skuteczność leczenia. Chodzi o to, by pacjenci mieli wybór, bo choroba zmienia ich smak i potrzeby. U nas sami decydują, czy na śniadanie wolą serdelki, czy jajecznicę.

Maria Stejbach, dyr. ds. ekonomicznych CO w Bydgoszczy: - Tradycyjnie w szpitalach jest tak, że jeśli nawet za żywienie odpowiada firma cateringowa, to jedzenie odbywa się w salach, w których przebywają chorzy. I wiadomo, roznoszą się różne zapachy. Jeden pacjent je, drugi traci z tego powodu apetyt. To są chorzy w różnym stanie, w ogromnym stresie, to nie sprzyja jedzeniu. Chcieliśmy z tym zerwać i stworzyć pacjentom pewien luksus, jeżeli można w ogóle używać takiego słowa wobec osób chorych na raka. Żeby wykorzystać każdą szansę pozytywnego oddziaływania na psychikę pacjenta.



Dzisiejsze menu śniadaniowe z restauracji Fantazja w Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Uwagę zwraca bogata oferta dań gorących i deserów

To jak w praktyce wygląda żywienie pacjentów na stołówce? Macie półroczną praktykę.

Wiesława Windorbska: - Z restauracji Fantazja, korzysta większy procent hospitalizowanych, niż zakładaliśmy. Pacjent, który ma zgodę na tego typu żywienie i nie musi jeść przy łóżku, po prostu trzy razy dziennie schodzi na dół na śniadanie, obiad czy kolację. Na miejscu czekają urozmaicone posiłki. Pacjent może też zgłosić, że chce mieć dostarczone jedzenie do łóżka.

Pacjenci na ręku mają opaskę z kodem kreskowym. Dzięki temu systemowi możemy odróżnić naszych pacjentów od osób z zewnątrz, bo restauracja działa w systemie otwartym.

Podczas obiadu korzystają z bufetu szwedzkiego. Mają do wyboru dwie-trzy zupy, pięć-sześć dań mięsnych, mnóstwo surówek, pieczone jabłka, jogurty, ciasta, kawę, różne herbaty. Co ważne, mają możliwość dokładki. W tej formie żywienia posiłek jest ciepły, zawsze świeży, bo nigdzie nie jest przewożony.

A co z pacjentami, którzy mają zróżnicowaną dietę w związku z przechodzoną chorobą?

Wiesława Windorbska: - Nawet jeśli ktoś jest chory na cukrzycę, to na stołówce jest opisana odpowiednia dla niego dieta. Dostaje wtedy także dodatkowe posiłki, na przykład jogurt czy jabłko pieczone. To wszystko jest zapisane elektronicznie w poszczególnych dietach. Dbają o to dietetyczki. Z kolei ci z pacjentów, którzy są po zabiegu lub są do niego przygotowywani, mają indywidualne diety na oddziałach. To oczywiste, ponieważ mogliby przecież zjeść coś, czego zjeść nie powinni.

Maria Stejbach: - Pacjenci na radioterapii leżą u nas cztery-pięć tygodni, mają swoją dietę, wiedzą, na co mogą sobie pozwolić, co zjeść. Osoby, które nie mogą ruszyć się z łóżka, otrzymują jedzenie w zależności od stanu zdrowia. Jeżeli pacjent ma jakąś dietę, to dostaje to, co powinien jeść, co nakazuje mu lekarz. Tu trudno mówić o jakimś wyborze.



Na obiad było dziś do wyboru 14 dań

Dyrektorzy innych szpitali narzekają, że w dobrym żywieniu pacjentów przeszkadza im brak pieniędzy. Jedzenie jest kiepskie, bo mamy niewystarczające fundusze - rozkładają ręce. Jak wy sobie z tym radzicie?

Wiesława Windorbska: - Nasza restauracja Fantazja jest otwarta dla ludzi z zewnątrz. Obserwujemy, że chętnie korzystają z niej nie tylko chorzy, ale także ich rodziny. Oczywiście płacą za posiłki, 12 zł za śniadanie albo 15 zł za szwedzki bufet podczas obiadu. Korzystają z niej także osoby, które pracują w innych firmach znajdujących się blisko szpitala. Po prostu przychodzą tu w porze lunchu. Restauracja szpitalna jest zwykle pełna. Zajęte są niemal wszystkie 250 miejsc. Biznesplan był taki, że do tego nie dopłacamy, wręcz chcieliśmy, by nie ponieść większych kosztów i jeszcze wyjść na swoje. Kuchnia jest wydzierżawiona, jest ajent - firma, która zobowiązała się to żywienie prowadzić i płaci nam jeszcze za to, że jest u nas.

Czyli nie dość, że nie dokładacie, to nawet na tym zarabiacie?

Maria Stejbach: - Dzierżawimy całe pomieszczenie na restaurację ajentowi, który je wyposażył z własnych środków. Płaci nam nie tylko dzierżawę, ale też za wszystkie użyte media. My kupujemy posiłki dla naszych pacjentów za pieniądze zakontraktowane w NFZ. Dziennie wyżywienie pacjenta kosztuje nas 29 zł. 14 zł płacimy za obiad, 9 zł za śniadanie, a za kolację - 6 zł. Robimy to za stawkę wynegocjowaną w przetargu, który wygrała firma prowadząca obecnie restaurację. Postawiliśmy wymagania dotyczące żywienia, które zwycięska firma musiała spełnić. Musiała to być także stawka do przyjęcia przez nas.

A zarabiamy w tym sensie, że nie ponosimy kosztów utrzymania tego obiektu, a i tak pacjenta musielibyśmy żywić, prowadząc własną restaurację, tak jak to jest w innych szpitalach. Musielibyśmy zatrudnić ludzi, co jest największym kosztem, ci ludzie byliby u nas na etatach. A stawkę określoną w normach żywienia dla pacjenta onkologicznego musielibyśmy i tak wydać. Krótko mówiąc, nie ponosimy dodatkowych kosztów, a wręcz te koszty są mniejsze. Teraz większość kosztów jest po stronie ajenta, a my po prostu kupujemy u niego posiłki.





Kolacja także obfituje w wiele smacznych dań

Przygotowanie takiej kuchni musiało być niezwykle kosztowne...

Wiesława Windorbska: - Szpital istnieje od 1990 roku i od tamtego czasu kuchnia nie była remontowana. Zgodnie z normami po 20 latach trzeba było ją zmodernizować. Przed remontem, który trwał ponad rok, żywiliśmy w tzw. systemie tacowym. Prowadziliśmy kuchnię i woziliśmy posiłki po oddziałach. Pacjent jadł przy łóżku. No i stanęliśmy przed dylematem: albo po remoncie zrobimy to tak, jak do tej pory, jak to ma miejsce w innych placówkach, albo zrobimy coś innego. Wybraliśmy to drugie rozwiązanie. Trzeba podkreślić, że budowę restauracji dotował samorząd województwa kujawsko-pomorskiego. Łącznie z wyposażeniem kuchni inwestycja pochłonęła ok. 7,4 mln zł. Teraz jest nowocześnie, jasno i przestronnie. Stoliki mają serwety, a na sali działa klimatyzacja.

Co radziłaby pani innym szpitalom? Jak mają wyjść z tej kuriozalnej sytuacji, że pacjenci, którzy szczególnie potrzebują zdrowego odżywiania, dostają posiłki niesmaczne, niezdrowe, wręcz niejadalne? Dostaliśmy od pacjentów kilkadziesiąt zdjęć ze szpitalnymi posiłkami. Aż wstyd...

Wiesława Windorbska: - Musi być trochę inicjatywy, organizacji i jakiejś wizji. Trzeba mieć pomysł i do bólu konsekwentnie go realizować. Trzeba wiedzieć, czego się chce i iść na wyższy poziom, nie bać się wyzwań. Oczywiście nie we wszystkich szpitalach to zda egzamin. Kiedy jest tysiąc łóżek, to trzeba by się zastanowić nad dystrybucją. U nas jest 300 łóżek, z tego 220-240 pacjentów schodzi jeść na dół i na to jesteśmy gotowi. W innych placówkach króluje myślenie minimalistyczne. U nas to kwestia organizacji oraz polotu dietetyków i kucharzy. Nasz system żywienia jest tylko częścią zadań, które realizujemy. Udaje nam się także inne zarządzanie oddziałami, inna rejestracja pacjentów, informacja telefoniczna, udało się również wyremontować wszystkie oddziały. To efekt determinacji zarządu, pozyskiwania środków, a także dobrej współpracy z Urzędem Marszałkowskim. To samo nie przyjdzie, wszystko trzeba wychodzić.

Należy też zwrócić uwagę, że dzisiaj w standardach jakości podawania posiłków w szpitalach, które zapisane są w wytycznych Ministerstwa Zdrowia, jest też konieczność urozmaicenia posiłków podawanych pacjentom. I my to sobie wzięliśmy do serca. Innymi słowy, wymaga się od nas, by pacjent miał wybór posiłku i my taki wybór dajemy. W innych szpitalach wyboru nie ma, bo przywozi się jedzenie na wózku do łóżka. Tylko tyle i aż tyle.

DOSTĘP PREMIUM