Po co nam Manifa? Czy to rzeczywiście ma sens? [DOPYTUJEMY]

- Debata publiczna w Polsce osiągnęła dno. I Manifa jest właśnie po to, żebyśmy przestali zajmować się tym, co jeden polityk myśli o drugim, tym, czy samolot wpadł na tę czy inną brzozę, tylko zajęli się codziennymi problemami: brakiem żłobków, prywatyzacją opieki medycznej, rozwalaniem edukacji. A w tym roku szczególnie wolnością samych kobiet - przekonuje Elżbieta Korolczuk, jedna z organizatorek Manify.
Agnieszka Wądołowska: W najbliższą niedzielę już 14. raz Manifa przejdzie ulicami polskich miast. Zapytam wprost, po co nam ta Manifa?

Elżbieta Korolczuk, Porozumienie Kobiet 8 Marca: Manifa jest po to, żeby ludzie - i to nie tylko kobiety - mogli wyjść na ulice i wyrazić swoje poglądy. Jest po to, żeby uświadomić sobie, że kobietom w wielu dziedzinach życia jest po prostu trudniej. Po to, żeby nagłaśniać problemy kobiet. Są pewne kwestie, o których mówimy co roku - dotyczą życia codziennego, braku zabezpieczeń społecznych, nieprzestrzegania praw pracowniczych, braku możliwości decydowania o swoim ciele - i to nie tylko chodzi o aborcję, ale też o sprawę in vitro. To są kwestie związane z szeroko pojętą dyskryminacją i na rynku pracy, i w życiu prywatnym. Dziś wszyscy wiedzą, że płace kobiet i mężczyzn różnią się na niekorzyść tych pierwszych. Ale to, że wiedzą o tym, to też zasługa Manify. Bo od 2000 roku wychodzimy na ulice i głośno o tym mówimy.

Ale czy z tych wszystkich postulatów tak faktycznie coś wynika - zmiany prawne, nowe ustalenia?

Aleksandra Szymczyk, Porozumienie Kobiet 8 Marca: Jeżeli patrzeć na to w ten sposób, to trzeba powiedzieć sobie jasno, że żaden z naszych postulatów nie został wprowadzony w życie. Ale to, co jest najważniejsze w przypadku Manify, to fakt, że zmienia świadomość społeczną - wyjaśnia na pozór skomplikowane zjawiska w dość przystępny sposób, zrozumiały dla szerszego grona. Przykładem może być Manifa sprzed dwóch lat, która była poświęcona umowom cywilnoprawnym. Wtedy było to jeszcze enigmatyczne pojęcie. A teraz można spytać pierwszą lepszą osobę na ulicy i będzie wiedziała, co to jest umowa śmieciowa.

Jeden przemarsz uświadomił nam czym są "śmieciówki"?

A.S.: Wbrew częstym opiniom Manifa to nie tylko przemarsz. Wyjście na ulice to kulminacja rocznej pracy. Bo w ciągu roku organizujemy happeningi, debaty, spotkania. Od kilku lat organizujemy też okołomanifowy festiwal Rewolucje Kobiet. To wszystko sprawia, że o pewnych kwestiach - takich jak choćby umowy śmieciowe - zaczynamy w ogóle rozmawiać.

E.K.: Podobnie w pewnym stopniu parytety są jednym z sukcesów Manify, bo zaczęłyśmy debatę na ten temat. Pierwsza Manifa odbyła się pod hasłem "Demokracja bez kobiet to pół demokracji". Z tym że dla nas parytet to jedynie środek do celu - bo chodzi oczywiście o to, żeby sprawy ważne dla kobiet były postrzegane jako istotne również w sferze politycznej. I choć w tej kwestii widać światełko w tunelu, to jeszcze sporo zostało do zrobienia.

Ale czy coroczne zwracanie uwagi na te kwestie wystarczy?

A.S.: Wyraźnie widać, że o sprawach, takich jak choćby prawa reprodukcyjne, trzeba przypominać do skutku. Dlatego też musimy do nich wracać.

E.K.: Ale te postulaty też co roku się zmieniają i są bardzo konkretne. W 2006 roku mówiłyśmy o zdrowiu kobiet, w 2007 o prawach pracowniczych - to są sprawy, które naprawdę można załatwić w ciągu kolejnego roku. My nie oczekujemy rewolucji, ale konkretnych zmian, albo żeby chociaż podjęta została debata o ważnych kwestiach.

Bo mimo obietnic rządu dotyczących sensownej polityki prorodzinnej na razie mamy tylko przedłużone urlopy macierzyńskie. A to przecież są zabiegi, które zmierzają jedynie do ukrycia bezrobocia.

Mówiłyście o konkretnych postulatach na kolejne lata. Który z waszych postulatów jest kluczowy w tym roku?

E.K.: W tym roku Manifa odbywa się pod hasłem "O Polkę niepodległą". Chodzi nam przede wszystkim o to, by zadać pytanie o faktyczną wolność kobiet. Pytamy, dlaczego macica jest ciągle przestrzenią zagarniętą przez polityków i Kościół, a nasze żołądki już są sprawą prywatną i same musimy o nie dbać. Przecież to są podstawowe kwestie dotyczące wolności.

Chciałybyśmy przede wszystkim, żeby nareszcie zmienił się ton debaty publicznej.

To jest moment, żeby przypomnieć, jak duży koszt ponoszą kobiety w związku z kryzysem ekonomicznym. Chcemy wreszcie mówić o konkretnych problemach, o konkretnych kosztach, o tym, jak z rozmontowaniem systemu edukacji czy prywatyzacją służby zdrowia zmagają się konkretne kobiety. To są sprawy, które powinny być w centrum debaty publicznej, bo dotyczą naszego codziennego życia. Wrócę do pytania, po co jest Manifa. Właśnie po to jest, żebyśmy przestali zajmować się tym, co jeden polityk myśli o drugim, czy jakaś modelka się odchudzi czy nie, czy samolot wpadł na tę czy inną brzozę, tylko zajęli się codziennymi problemami milionów osób, które żyją w tym kraju.

Poziom debaty publicznej w Polsce osiągnął totalne dno, politycy i media mówią ciągle o rzeczach, które nie przekładają się na codzienne życie. Nie mówimy o zmianach systemowych i o tym, jak to się przekłada na nasze doświadczenia. Przykładem może być tragiczna śmierć tej dwuipółletniej dziewczynki. Wszyscy krzyczą, że trzeba ukarać tych, co popełnili błąd, a nikt nie mówi o tym, że wciąż zmniejsza się liczba osób zatrudnionych w służbie zdrowia, że nie ma np. norm godzinowych dla pracujących pielęgniarek i że coraz mniejsze są nakłady na pomoc w nagłych wypadkach. Bo to nie jest tak naprawdę problem jednej czy dwóch osób, ale problem nas wszystkich. Ale takiej debaty nie ma. Chciałybyśmy, żeby się wreszcie zaczęła.

Już wiadomo, że i w tym roku szykowane są antymanify, m.in. w Bielsku-Białej, Krakowie, Poznaniu. Skąd taka niechęć do Manify?

E.K.: Ta niechęć była od zawsze - łatwiej się promować, korzystając z pracy innych, niż zorganizować coś na własną rękę. Wygląda jednak na to, że grupy prawicowe, które organizują antymanify, są bardzo zadowolone z polityki rządu. Bo jeżeli my krytykujemy premiera Tuska, wytykamy rządowi, że ciągle brakuje żłobków, przedszkoli, że prywatyzowana jest polska służba zdrowia, a oni chcą przeciw naszym marszom protestować, to znaczy, że im się ogromnie podoba obecny rząd. Gratulujemy takiej radości. My chcemy zmian.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM