"Zacząłem się modlić...". Wspomnienia uratowanego z Heweliusza

17 lat temu niedaleko niemieckiej wyspy Rugia zatonął prom Jan Heweliusz, w tej największej katastrofie morskiej w powojennej Polsce zginęło 55 osób. Wśród uratowanych był Edward Kurpiel, który reporterowi TOK FM opowiedział swoją historię.
Gdy prom miał przechył 70-ciu stopni i po kabinie ochmistrza Edwarda Kurpiela przetaczały się wszystkie rzeczy, które były w środku, nagle otworzyła się jego teczka - zobaczyłem gruby plik pieniędzy. Obok leżały wszystkie dokumenty. Były otwarte, tak jakby mówiły: "zajmij się nami, zawróć, zabierz ze sobą!" Ale powiedziałem sobie: "Nie, nie nie, kochani. Nie dotknę, nie mam czasu, muszę się wydostać na zewnątrz" - opowiada ochmistrz.

Już przy drzwiach kabiny pojawił się kolejny problem: zaciął się wielki worek, w którym miał skafander ratunkowy. Wtedy o pomoc zacząłem się modlić: "Panie Boże dodaj mi sił" - opowiada, mimo upływu czasu, ze łzami w oczach. - Nagle przyszła jakaś energia. Dosłownie rozerwałem go, jakby był z papieru.

Na pierwszej liście uratowanych, która dotarła do rodzin załogi i pasażerów Hewelisza zabrakło jednego nazwiska - Kurpiel. Żona i siostra pana Edwarda już go opłakiwały. Gdy skorygowano ten błąd, płakały ze szczęścia.

Wola życia

Wyrok, jaki pan Edward usłyszał od lekarzy, brzmiał beznadziejnie: operacja stawów, długa rehabilitacja i do końca życia problemy z normalnym poruszaniem się. - Wtedy powiedziałem sobie: "Skoro udało mi się przeżyć, teraz nie mogę się poddać". Nie zgodziłem się na operację, zacząłem ćwiczyć - uśmiecha się ochmistrz.

Edwart Kurpiel ma dziś ponad 70 lat. Od 17 lat codziennie przez godzinę ćwiczy, dobrał sobie zestaw ponad dwudziestu ćwiczeń, głównie na kręgosłup. Miał mieć problemy z chodzeniem, tymczasem latem codziennie w Puszczy Wkrzańskiej, gdzie ma domek letniskowy, przejeżdża rowerem po 30 km.

DOSTĘP PREMIUM