Wysoka woda w Płocku. Jak pomagają ludziom? ?Dają nam 30-letnie kalosze"

Mieszkańcy zalanej części Płocka żalą się, że są zostawieni sami sobie. Pływają własnymi łódkami po zalanej ulicy. - Nikogo tu nie było, a o worki z piaskiem prosiliśmy prawie na kolanach - mówią reporterowi TOK FM. Magdalena Grodecka z płockiego magistratu zapewnia nas, że władze robią wszystko, żeby pomóc ludziom z zalanego osiedla Borowiczki.
Na osiedlu Borowiczki w Płocku kilkadziesiąt domów zostało zalanych przez Wisłę i jest całkowicie odciętych od lądu. Strażacy ewakuowali rano dwie rodziny. Osoby same zwróciły się o pomoc. Na osiedlu mieszka około stu osób. Do ich domów nie sposób dostać się bez łódki.

Pływają swoimi łódkami

Mieszkańcy jakoś sobie radzą. Po zalanej ulicy pływają własnymi łódkami. Przywożą zakupy czy lekarstwa. Żalą się, że od władz miasta nie otrzymali praktycznie żadnej pomocy. Sami musieli alarmować sztab o kryzysowej sytuacji. W odpowiedzi usłyszeli tylko zapewnienia sprzed kilku dni, że zagrożenia powodzią nie ma. Póki co sytuacja jest zła, choć woda nieznacznie opadła To nie uspokaja mieszkańców zalanych Borowiczek, bo spodziewają się kolejnej fali z Wisły.

Władze dają ludziom kalosze...



Mieszkańcy zalanej części Płocka skarżą się, że dostali... dziurawe kalosze. - Moje są z 1982 roku. Stara guma parcieje i robią się dziury - pokazuje Grzegorz, jeden z mieszkańców ul. Gmury na osiedlu Borowiczki, które zalała Wisła. - Na sąsiadów można liczyć, na władze nie - żali się młoda kobieta wychodząc na podwórko zalanego domu. - Nikogo tu nie było od samego początku. Tam ze skarpy obserwowali to tylko strażnicy miejscy - pokazuje mężczyzna w średnim wieku.

Jego dom woda zalała jako pierwszy. - Zdążyłem uratować tylko kilka rzeczy, ale niedawno miałem remont - żali się w rozmowie z reporterem TOK FM. Zobacz zdjęcia z zalanego osiedla

Powodzian z Borowiczek nikt nie zapytał, czy potrzebne im są agregaty, a w domach nie ma prądu. Nikt nie oferował też pomocy lekarza, choć mieszka tam wiele starszych osób. Nikt też nie zapytał, czy nie potrzebują jedzenia, a wiele domów woda odcięła od świata.

"Pomagamy jak możemy"

Jan Siodłak, szef sztabu kryzysowego w Płocku: - Są miejsca, gdzie tylko łódką można wydostać się z domu. Ludzie w woderach poruszają się jednak po ulicy. Wysokość wody to 40-50 cm - mówił reporterowi radia TOK FM.

Magdalena Grodecka, rzeczniczka płockiego prezydenta jest zdziwiona, kiedy pytamy o stare, dziurawe kalosze: - Nie dostawaliśmy takich sygnałów. Kupujemy je w sklepach, na specjalne zamówienie i dajemy ludziom. Na miejscu są i straż miejska, i pożarna - oni od samego początku pomagają ludziom, w poruszaniu się czy robieniu sprawunków - zapewnia nas.

Woda jest na ulicy Gmurka. - Tam podtopienia zdarzają się regularnie przy roztopach. Dwa domy znajdują się 20 metrów od koryta rzeki i są regularnie podmywane - mówi rzeczniczka.

I powtarza - To nie powódź, a podmycie.

Ubezpieczali się, jak woda była na podwórku

Większość mieszkańców ma ubezpieczone domy. Niektórzy podpisywali umowę z jedną z firm ubezpieczeniowych w Płocku jeszcze we wtorek, gdy woda już wlewała się im na podwórko. - Nie było problemu - tłumaczy reporterowi TOK FM młody mężczyzna. - Lodówki, mebli i sprzętu nie dało się ubezpieczyć, ale dom bez problemu - dodaje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM