Dostał mandat z Irlandii, choć nigdy tam nie był

Do internatu Zespołu Szkół Geodezyjno-Drogowych w Poznaniu przyszło pismo od policji z Irlandii, która twierdzi, że jeden z wychowawców w grudniu 2009 roku na autostradzie przekroczył prędkość o 20 kilometrów. W związku z tym mężczyzna ma zapłacić mandat w wysokości 80 euro. Problem w tym, że wychowawca feralnej nocy siódmego grudnia był... w internacie.
Mandat z Irlandii dotarł do internatu pocztą. - Byliśmy zaskoczeni, bo wezwanie do zapłaty przyszło do pracy, a nie na adres domowy. Zastanawialiśmy się, czy to rzeczywiście może być prawdziwe pismo urzędowe - mówi kierowniczka internatu Renata Zapotoczna.

Wychowawca, który nie chce ujawniać swojego nazwiska, był w szoku. Jak podkreśla nigdy nie był w Irlandii, a tym bardziej siódmego grudnia 2009 roku, kiedy doszło do złamania przepisów. - Przecież to jest niemożliwe, żeby w tym samym czasie, kiedy był z nami na dyżurze, jednocześnie jeździł sobie po Irlandii. Miałem z nim tutaj wtedy dyżur. Zresztą nie tylko ja - mówi reporterowi TOK FM jeden z wychowawców. - Poza tym, to nie jest numer rejestracyjny polskiego samochodu.

Tu już się coś nie zgadza - dodają jego koledzy.

To, że pan Jacek faktycznie tego dnia był w pracy w Poznaniu, może potwierdzić ponad 100 osób. - Widziała go młodzież, wychowawcy. Zresztą jest to zanotowane - mówi kierowniczka. Jej zdaniem sprawa jest łatwa do wyjaśnienia. Pokrzywdzony mężczyzna wysłał już irlandzkiej policji odwołanie, w którym pisze o fatalnej pomyłce. - Pomogła mu w tym nasza anglistka. Współczujemy Jackowi, bo przecież mogło to spotkać każdego z nas - mówi jeden z kolegów. Wspólnie z pokrzywdzonym mężczyzną na odpowiedź irlandzkiej policji czeka teraz cały internat.

Koledzy i koleżanki podejrzewają, za całym zamieszaniem może stać któryś z byłych wychowanków, który w tym czasie był w Irlandii. - Przecież ktoś podał jego dane, pytanie skąd je miał - zastanawiają się współpracownicy pana Jacka.

DOSTĘP PREMIUM