Burmistrz Sandomierza: Strażacy odeszli, zostałem sam

Ja bardzo prosiłem kierującego akcją, w nocy jeszcze, o trzeciej, zostańmy chociaż pół godziny, bo tyle pracy włożonej, tyle wysiłku, może obronimy ten wał, (...) ale jednak padła komenda: Schodzimy - mówił w RMF FM burmistrz Sandomierza, Jerzy Borowski.
Powódź w Polsce - czytaj naszą relację na żywo

Borowski powiedział radiu, że dowódca straży pożarnej wydał polecenie odejścia od wałów, mimo, że burmistrz chciał je umocnić. - Strażacy odeszli, ja praktycznie zostałem sam, jeszcze prosiłem dowódcę: chodź, zobacz. Nie. bo on odpowiada za ludzi, nie da rady - opowiadał Borowski.

Burmistrz twierdzi, że "gdyby w tym człowieku było jeszcze trochę tego wysiłku, to może byśmy się obronili". - Ja jestem człowiek, który się nie poddaje, walczy do końca, A była szansa jeszcze to obronić - podkreśla.

W momencie gdy woda zaczęła się przelewać, burmistrz chciał "dać tam jeszcze kilka worków", ale usłyszał od dowódcy straży "Nie da rady" i "Pan tu nie będzie rządził". Według słów burmistrza podobna sytuacja miała miejsce w nocy.

Rzecznik prasowy Państwowej Straży Pożarnej w Samdomierzu, kpt. Bogusław Karbowniczek w rozmowie z Gazeta.pl odpiera te zarzuty. - Każdy oddział strażaków ma swój odcinek wałów do pilnowania. Na pewno nikt z nas nie z postawiłby ich tak samopas. Strażacy i tak robią to mimo wielkiego zmęczenia - zapewnia.

W Sandomierzu zalana jest prawa część miasta. Lewa - ta, w której znajdują się słynne zabytki i stary rynek - położona jest na wysokim wzgórzu. Po prawej stronie znajdują się osiedla domków jednorodzinnych oraz zakłady pracy, wśród nich huta szkła.

DOSTĘP PREMIUM