Kopacz: Rosjanie zachowywali się po prostu nadzwyczajnie

Minister zdrowia Ewa Kopacz w poruszającym wywiadzie, jakiego udzieliła Teresie Torańskiej dla "Dużego Formatu" opowiedziała o swoich trudnych doświadczeniach związanych z identyfikacją ciał ofiar katastrofy w Smoleńsku. Kopacz mówiła o szoku, jak wywołał niej widok zmasakrowanych ciał, ciężkiej pracy rosyjskich i polskich specjalistów, ale i o niezwykłej życzliwości, jaką w tym trudnym momencie okazali Rosjanie.
Minister zdrowia Ewa Kopacz towarzyszyła bliskim ofiar katastrofy smoleńskiej w trakcie pobytu w Moskwie. Szefowa resortu zdrowia jako jedna z pierwszych identyfikowała też ciała pasażerów prezydenckiego Tu-154.

W obszernym wywiadzie, jakiego udzieliła Teresie Torańskiej dla "Dużego Formatu" opowiedziała o wstrząsających doświadczeniach związanych z tragedią. Kopacz niemal w całym wywiadzie podkreślała swoją ogromną wdzięczność za pomoc, jaką na miejscu udzielali Rosjanie. Chwaliła profesjonalizm, zaangażowanie i otwartość strony rosyjskiej.

Mówiła o opiece, jaką na miejscu Rosjanie otoczyli rodziny ofiar. Bliscy, którzy przyjechali by zidentyfikować ciała zmarłych musieli się bowiem zmierzyć z ekstremalnie trudną sytuacją.

Sama minister podkreślała, że pobyt w Rosji był jak do tej pory jej najtrudniejszym doświadczeniem zawodowym. Kopacz twierdzi, że jako lekarz sądowy miała wcześniej do czynienia z ciałami ofiar wypadków czy samobójstw. Przyznała jednak, że nie była gotowa na to, co zobaczyła w moskiewskim zakładzie medycyny sądowej.

"Widok był przygnębiający"

Relacja Kopacz z pierwszej wizyty w podmoskiewskim ośrodku, do którego trafiły zwłoki brzmi wstrząsająco. Minister wraz z polską delegacją złożoną z psychologów, lekarzy medycyny sądowej, genetyków, oraz ministrów z Kancelarii Premiera została zaprowadzona do prosektorium. - Nagle zorientowałam się, że jestem sama - mówi. Reszta członków delegacji, "cofnęła się na górę". - Widok był przygnębiający. Nigdy nie widziałam tylu chłodni w jednym pomieszczeniu. A w powietrzu czuło się inny zapach - mówi. - Odruchowo otworzyłam jedną chłodnię. Były półki na wyciągach. Pociągnęłam za jedną półkę, drugą, trzecią. Zamknęłam. To nie był widok, jakiego się spodziewałam. Pomyślałam, że źle trafiłam. Otworzyłam druga chłodnię, było gorzej, w trzeciej, czwartej, piątej...coraz gorzej - opowiada.

Na taki widok trzeba było w miarę możliwości przygotować rodziny, które w zakładzie medycyny sądowej miały zidentyfikować swoich bliskich. - Starałam się im przekazać, że widok, jaki zobaczą, nie będzie widokiem, jakiego się spodziewają. Że w wielu przypadkach to nie będzie cała postać - mówi. Przyznaje, że ze zrozumiałych względów reakcje rodzin były bardzo trudne i jak mówi "nie chce ich nazywać". Podkreśla, że pomoc lekarzy i psychologów była w tym momencie bardzo potrzebna. Sytuacja była jednak tak ekstremalna, że dwóch psychologów załamało się i musiało wracać do Polski.

"Wielu do dziś nie może się pozbierać"

Kopacz opowiedziała, jak wyglądała identyfikacja zwłok. Zaznaczyła, że strona rosyjska przygotowała ją bardzo profesjonalnie. Lekarze starali się bowiem w jak najmniejszym stopniu narażać rodziny na ekstremalny stres związany z widokiem zmasakrowanych zwłok.

Bliscy musieli najpierw odpowiadać na pytania śledczych, co było czasem żmudną, biurokratyczną, ale niezbędną koniecznością. Rodziny opowiadały o znakach szczególnych. Śledczy pokazywali zdjęcia charakterystycznych fragmentów ciała.

- Śledczy wypytywał o znaki szczególne - pieprzyki, blizny pooperacyjne, koronki zębowe. I pokazywał zdjęcia z fragmentami ciał - opowiada. - Jeśli rodzina rozpoznała w nich swego bliskiego zapraszano ją do sali okazań - mówi. Według minister odbywało się to w obecności rosyjskiego śledczego i prokuratora. Okazanie zwłok odbywało się etapami. - Jeśli rodzina powiedziała, że na prawej ręce znajdowało się znamię lub blizna, to najpierw pokazywano jej tę rękę (...). Byłam przy kilkunastu identyfikacjach i widziałam, z jaką delikatnością i starannością obchodzono się z rodzinami. By nie przeżyły szoku. By oszczędzić im drastycznego widoku. Rosyjscy medycy sądowi zachowywali się po prostu nadzwyczajnie - dodaje.

Kopacz przyznaje, że także dla ekipy polskich specjalistów, która pracowała w Moskwie identyfikacja była straszliwie trudnym doświadczeniem. Wielu z nich do dziś nie może się po tym pozbierać psychicznie.

"Prosiłam: znajdź mi go"

Kopacz w wielką wdzięcznością i uznaniem wypowiada się o pomocy, jaką w tych trudnych dniach stronie polskiej udzielili Rosjanie. Chodzi tu zarówno o przygotowanie pobytu polskich rodzin w Moskwie jak i pracę rosyjskich specjalistów i przedstawicieli władz.

Mówi m.in. o ubraniach, jakie przygotowali Rosjanie, by pochować w nich ciała, o świetnie przygotowanej obsłudze hotelowej, ułatwionych przejazdach przez miasto. - Wszystko, co nam dawali Rosjanie było za darmo. Nie płaciliśmy za hotele i za badania - mówi.

Najtrudniejszym, bardzo osobistym fragmentem rozmowy było pytanie o przyjaciela minister Kopacz, który zginał w katastrofie. Jego ciała początkowo nie udało się zidentyfikować. - Siergiej - docent patomorfologii, bardzo zdolny i co rzadkie w tej profesji pogodny - wpatrywał się godzinami w zdjęcia i znikał na dole. Wracał i po zachowaniu wiedziałam, czy znalazł. (...) Prosiłam: znajdź mi go, pójdę z tobą, razem poszukamy. Nie, ja sam - mówił. A jak wyjeżdżałam w czwartek: Ewa, obiecuję ci - powiedziała minister, której w tym momencie rozmowy trudno było powstrzymać emocje.

Kopacz przyznaje też, że była obecna przy zamykaniu trumien, które były później wysyłane do Polski. - Byłam przy tym. Spełniałam prośby rodzin. Przekazały pamiątki rodzinne, by włożyć je do trumny. Włożyłam - dodaje.

Cały wywiad Teresy Torańskiej z Ewą Kopacz do przeczytania w dzisiejszym "Dużym Formacie" (reporterskim dodatku do "Gazety Wyborczej")

DOSTĘP PREMIUM