''Wprost'': Gen. Błasik był w konflikcie z pilotami Tu-154?

Dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik mógł być skonfliktowany z załogą Tu-154 - wynika z akt śledztwa smoleńskiego, do których dotarł ''Wprost''. Tygodnik przytacza też fragmenty zeznań świadczące o tym, że generał często siadał za sterami w trakcie lotu.
Z dokumentów wynika, że prokuratorzy bardzo dokładnie zajęli się wątkiem dotyczącym gen. Błasika. O jego relacje z załogami rządowych samolotów śledczy wypytywali pilotów, ich rodziny, a nawet znajomych. W sumie kilkanaście osób.

"Wprost" cytuje wdowę po techniku chor. Andrzeju Michalaku, który 10 kwietnia leciał do Smoleńska. Kobieta dużą część swoich zeznań poświęciła szkoleniu z przetrwania w ekstremalnych warunkach, które odbyło się w Zakopanem. Według jej relacji generał "zmusił" żołnierzy z 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego do udziału w zajęciach. "Zdaniem męża zajęcia z przetrwania w trudnych warunkach nie miały sensu dla załóg samolotów transportowych, które nie mają szans na katapultowanie się, a co za tym idzie na przeżycie" - zeznała Małgorzata Michalak. Według jej słów kpt. Arkadiusz Protasiuk (dowódca rozbitego tupolewa) był zwolniony ze szkolenia ze względu na zły stan zdrowia. Z kolei Michalak i jeszcze jeden z pilotów mogli nie brać udziału w ćwiczeniach nocnych. "Gen. Błasik miał być bardzo niezadowolony. Powiedziano w trakcie którejś z odpraw, że, jeśli nie mają kondycji, to ją sobie wyrobią. Co też nastąpiło pod postacią forsownych marszów z ciężkimi plecakami po górach" - zeznała. Błasik miał podejrzewać, że piloci symulują. Przepytywał nawet lekarza, który wystawił im zwolnienia.

Na stres związany z obecnością gen. Błasika zwróciła uwagę także wdowa po kpt. Protasiuku. "Znając mojego męża, mogę stwierdzić, że ta sytuacja nie była dla niego korzystna psychologicznie. Chciałabym wiedzieć, co gen. Błasik robił w kabinie Tu-154" - powiedziała.

Z kolei wdowa po Arturze Ziętku, który był nawigatorem w rozbitym tupolewie, zeznała, że mąż nie narzekał wprawdzie na atmosferę w pracy, ale na jedno się skarżył - na wspólne loty z generałem. "Błasik wchodził na pokład, po czym mąż zwalniał na polecenie gen. Błasika miejsce drugiego pilota i gen. Błasik leciał już jako drugi pilot. Taka sytuacja miała miejsce z pewnością kilka razy" - zeznała.

''Pan siedzi na moim miejscu. Ja będę leciał"

Pilot Jaka-40 Rafał Kowaleczko stwierdził, że Błasik nigdy nie wywierał presji na pilotów. Jeśli czegoś chciał, to po prostu brał sprawy w swoje ręce. Dosłownie. "Panie poruczniku, pan siedzi na moim miejscu. Ja będę leciał" - miał kiedyś usłyszeć od niego Kowaleczko. "Tak zachowywał się tylko i wyłącznie gen. Błasik. Ja takich sytuacji miałem około trzech, w tym czasie siedziałem w przedziale pasażerskim. Gen Błasik kazał mi opuścić fotel pilota jeszcze przed startem. I siedział na moim miejscu do momentu lądowania. Inni moi koledzy z Jaka-40 też spotykali się z takim zachowaniem" - zeznał w prokuraturze. Bywało tak, że Błasik zjawiał się w kokpicie jeszcze przed startem, siadał za sterami, a pilotowi kazał zostać na ziemi. Kowaleczko przyznaje jednak, że nie słyszał, by generał zachowywał się w ten sposób także w tupolewach.

Gen. Skrzypczak: To powszechna praktyka

Według byłego dowódcy Wojsk Lądowych gen. Waldemara Skrzypczaka postępowanie Błasika nie było niczym nadzwyczajnym. Do kokpitu lubili zaglądać także i inni generałowie. "Takie zachowania wyższych przełożonych z Sił Powietrznych były powszechną praktyką" - stwierdził.

"Mój mąż bronił racji pilotów''

Jedną z niewielu osób, które broniły generała, jest wdowa Ewa Błasik. "Był bardzo pryncypialny, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Za dowód niech służy zachowanie podczas tzw. incydentu gruzińskiego. (...) Był pogrzeb mojej mamy, ktoś dzwonił do męża, a mąż, stojąc nad trumną tłumaczył, że decyzje o lądowaniu podejmuje tylko i wyłącznie dowódca statku ( ). Bronił wówczas racji pilota. Mąż prezentował pogląd, że tylko pilot może podejmować decyzję dotyczącą bezpieczeństwa lotu" - zeznała. Jej zdaniem, nawet jeśli Błasik 10 kwietnia wszedł do kokpitu, to na pewno nie po to, by wywierać presję na pilotów. Wręcz przeciwnie, pewnie chciał być zderzakiem chroniącym załogę przed naciskami i pytaniami w stylu: "czy wylądujemy o czasie?", "czy zdążymy?".

Zobacz więcej w najnowszym wydaniu tygodnika "Wprost".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM