"Nie traktuję siebie jak osoby chorej". Kolberger starał się normalnie żyć

- Ktoś powiedział, że dopóki oddychamy, to żyjemy. A dopóki żyjemy, powinniśmy się cieszyć życiem - mówił w jednym wywiadów Krzysztof Kolberger. Aktor nigdy nie pozwolił nazwać się "chorym". Zmarł dziś w wieku 60 lat.
Aktor dowiedział się o chorobie 19 lat temu. Najpierw był to rak nerki, potem miał przerzuty na wątrobę. Krzysztof Kolberger przeszedł kilka operacji. - Nie traktuję siebie jak osoby chorej. Nawet mają do mnie pretensję, że oszukuję, mówiąc, iż lepiej się czuję niż w rzeczywistości - mówił aktor w rozmowie z Piotrem Najsztubem dla "Vivy". - Bo z rakiem da się żyć. Skoro on jest wobec człowieka bezwzględny, trzeba prowadzić z nim bezwzględną walkę - dodawał. W tym samym wywiadzie stwierdził też, że przyzwyczaił się nazywać raka "kolegą". - Cała walka polega na tym, żeby ten kolega nie rozprzestrzenił się i nie powiększył swojego terytorium - mówił.

Gdy grał, zapominał o chorobie

Zapomnieć o chorobie pozwalała mu praca. Nie przerwał czynnego życia zawodowego, grał w filmach, serialach, spektaklach teatralnych. - Tak zostałem wychowany, że jestem odpowiedzialny za siebie, za pracę, za rodzinę. I to jest jednocześnie motorem życia. Jak żyć bez odpowiedzialności za innych, po co? - pytał w wywiadzie. Jak mówił, gdy pracował, czuł się lepiej.

- Gdy gram w teatrze, czytam poezję, coś nagrywam lub mam spotkanie z widzami, jestem bardzo skupiony na pracy. To ma znaczenie terapeutyczne: zapominam o chorobie - mówił w wywiadzie dla "Vivy". Przyjaciele, m. in. Jan Englert i Joanna Szczepkowska, wspominają, że Kolberger ''walczył w sposób heroiczny, bohaterski i cichy. Chorował dyskretnie'', i był ''człowiekiem uśmiechniętym, nawet kiedy był bardzo chory'' . - Ktoś powiedział, że dopóki oddychamy, to żyjemy. A dopóki żyjemy, powinniśmy się cieszyć życiem. Dla mnie taka postawa zawsze była oczywista, wynikała z moich poglądów na świat i życie - mówił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" w 2007 roku. Taką postawę prezentował publicznie.

"Chcę dawać innym przykład, że można podjąć walkę"

- Już chorując, dowiedziałem się o ludziach, którzy informację o raku traktują jak wyrok, załamują się, nie chcą się leczyć, nie chcą walczyć, czasem wręcz nie idą na badania, aby nie usłyszeć złej wiadomości. Szalenie ważne jest nastawienie do choroby. Dlatego publicznie opowiadam, jak sobie radzę. Chcę dawać innym przykład, że można podjąć walkę i wyjść z niej zwycięsko. Mówię też, jak ważne są badania profilaktyczne. Musi dotrzeć do świadomości ludzi, że tylko w ten sposób mogą uniknąć choroby i momentu, gdy za późno już na leczenie i ingerencję lekarza" - mówił w tym samym wywiadzie.

"Piłem spirytus i popijałem go wodą"

Był moment, gdy sądził, że pokonał chorobę. - Operacja się udała, uważałem się za całkowicie wyleczonego. Niektóre komórki rakowe, tzw. śpiochy, jednak przetrwały i dopiero po kilkunastu latach zaatakowały w innym miejscu. Przeszedłem dwie kolejne operacje, ale nowotwór wciąż jest we mnie, choć jego rozwój został zatrzymany - mówił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" w 2007 roku. - Z zegarkiem w ręku, ze strzykawkami, z przygotowanym zestawem lekarstw. Stosuję bardzo skomplikowaną dietę, cały czas liczę, ile i co mogę zjeść - tak Kolberger opisywał, jak wygląda jego życie z chorobą. Wcześniej zdarzały mu się jednak okresy, kiedy mniej dbał o zdrowie. - Miałem na przykład okres, kiedy wydawało mi się, że spirytus jest najzdrowszym trunkiem, więc piłem spirytus i popijałem go wodą - wspominał.

"Udawałem, że nic mi nie jest"

Kiedy 19 lat temu dowiedział się o chorobie, jego siostra akurat umierała. Zataił fakt, że jest chory. - Udawałem, że nic mi nie jest. Nikt z rodziny nie wiedział, że poszedłem na operację - opowiadał Kolberger. - Uważam, że ludzie mają tyle swoich problemów, że niestosowne byłoby zatruwanie im ich życia swoimi. Jeśli mówię publicznie o chorobie, to staram się, żeby to miało sens, komuś dało coś pozytywnego - stwierdził aktor w rozmowie z Piotrem Najsztubem w "Vivie".

"Jestem wielbicielem Papieża, niezależnie od tego, czy jestem wierzący, czy nie"

Na pytanie o stosunek do śmierci, odpowiadał: - Może nie tyle (z niej - red.) żartuję, bo to nie jest temat do żartów, tylko pogodnie o niej myślę. Miał też głęboko indywidualny stosunek do religii. - Jestem wielbicielem Papieża, niezależnie od tego, czy jestem wierzący, czy nie. Natomiast kilka zdarzeń w moim życiu spowodowało, że bardziej się skłaniam, żeby wierzyć, że nie kończy się nasze życie na tym, co jest tu. Pewne rzeczy przeżywam po prostu, trochę jak roślina, która czerpie z powietrza, z wody i tego nie nazywa - mówił w "Vivie".

Teatr, film, seriale i poezja

Krzysztof Kolberger wystąpił m. in. w "Kontrakcie" Krzysztofa Zanussiego, "Na straży swej stać będę" Kazimierza Kutza i w legendarnym, pociętym przez cenzurę obrazie science-fiction "Na Srebrnym Globie" Andrzeja Żuławskiego. W "Panu Tadeuszu" Andrzeja Wajdy jako sam Adam Mickiewicz czytał zza ekranu fragmenty dzieła poety. Zagrał też w wielu spektaklach Teatru Telewizji, w dorobku ma m.in. między innymi w "Romeo i Julię" i "Popiół i diament". W pamięci widzów telewizyjnych zapisały się m.in. jego role w serialach "Ekstradycja" i "Sfora". Ze względu na swój charakterystyczny, głęboki głos, często był zapraszany do recytowania poezji - która była dla niego niezwykle istotna.

- Przeniosła mnie w inne, lepsze rejony naszego życia. To może też robić z nami teatr, film, książka i wizyta w muzeum. Zapominamy o codzienności, stajemy się może lepsi, na chwilę zatrzymujemy się - mówił w wywiadzie dla "Vivy". I opisał, jak w dniu ogłoszenia stanu wojennego miał w jednym z kościołów czytać wiersze Czesława Miłosza.

13 grudnia w kościele: "W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę"

- Czułem się w obowiązku, więc pojechałem. Ksiądz się aż przeżegnał i mówi: "Przecież pan wie, że wszystkie występy zabronione?". Wiedziałem, ale byłem umówiony. A ksiądz na to: "Więc w czasie mszy niech pan powie jeden wiersz, jakiś spokojniejszy". I zacząłem mówić: "W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę"... Rozpłakałem się - opowiadał Kolberger. - I czułem, że cały kościół też się rozpłakał, dosłownie i w przenośni. Wcześniej rozmawiałem z ówczesną małżonką, że jak tylko będzie okazja, to wyjeżdżamy z kraju, bo nie chcemy żyć w takiej rzeczywistości. A ten moment "rozpłakania się" spowodował, że już wiedziałem, że nigdzie nie wyjadę.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM