"Gorączka złota" w Bełżcu. Relacje świadków. POSŁUCHAJ

Historie Polaków, którzy wzbogacili się na majątku żydowskich ofiar Holokaustu, opisuje w nowej książce Tomasz Gross. Pokazuje m.in. grabież miejsca pochówku Żydów w Treblince. Reporterka TOK FM odwiedziła Bełżec, małą miejscowość na Lubelszczyźnie, w której przez siedem miesięcy działał obóz zagłady. W tak krótkim czasie zginęło tu prawie pół miliona ludzi. Po likwidacji obozu pojawili się "kopacze"
Przed obozem grała orkiestra

Jan Komadowski ma dziś 80 lat. W Bełżcu mieszka od urodzenia. - W okolice obozu się nie chodziło, bo każdy wiedział, że nie można - opowiada. Ale pamięta transporty, krzyki i płacz ludzi i okropny zapach wydobywający się z terenu obozu. - Szli transporty, po kilkanaście wagonów. Jak tam na miejscu, w obozie był pisk, to przed obozem grała orkiestra, żeby to zagłuszyć, żeby nie było słychać, jak Niemcy w barakach dusili ludzi gazem - mówi.

Rodzice dzisiejszego wójta Bełżca, Andrzeja Adamka mieszkali w czasie wojny tuż przy obozie. - Opowiadali mi o wszystkim już po wojnie, najczęściej przy darciu pierza. Przede wszystkim mama mi opowiadała, o tym, jak transporty jechały, jakie były tam potworne krzyki - mówi.



"Kopanie" nie było tematem tabu

O tym, że po likwidacji obozu w Bełżcu na miejscu pojawiali się szabrownicy mówią prawie wszyscy, z którymi rozmawialiśmy. Potwierdzają to historycy. - Przychodziło się do kogoś, rozmawiało się o obozie i zaraz zaczynały się pytania: "A pan wie, że tu kopali po wojnie? Ja nie kopałem, ale sąsiad kopał" - opowiada Robert Kuwałek, który prowadził w Bełżcu badania naukowe i właśnie wydał książkę "Obóz zagłady w Bełżcu". Opisuje w niej m.in. temat kopania w miejscu kaźni.

Jan Gruszecki kiedyś w okolicach dawnego obozu szukał jagód. Znalazł stopione łyżki. W Bełżcu był mężczyzna, który takie rzeczy skupował. Wziął od pana Jana stop srebra mówiąc, że to nic niewarte. - Dopiero potem dowiedziałem się od kogoś, że on to sprzedał, bo to było srebro - mówi.

We wspomnieniach mieszkańców Bełżca przewija się wątek "gorączki złota". - Łopatami kopali, żeby coś znaleźć. Przyjeżdżali z Zamościa, z Lublina, całe grupy. Znajdowali i sprzedawali np. obrączki, naszyjniki, pierścionki, złote koronki z zębów - opowiada Jan Komadowski. Dodaje, że szabrownicy przeszukiwali śmietniki, szamba, kanały, na terenie całego obozu. - Jak Niemcy poszli, to wszystko się rzuciło, szukali złota - mówi. - Mama mi opowiadała, że to co znaleźli od razu na miejscu, niemal na pniu sprzedawali. Za to brali np. kaszę czy mąkę od miejscowych sklepikarzy - dodaje Andrzej Adamek.

Ludzie podkreślają, że na początku nie było nad tym kontroli. - Przyjeżdżała grupa, robili dużą jamę, kopali i przeszukiwali. Role były podzielone: jeden kopie, drugi szuka - opowiada jeden z mieszkańców. Grupy pojawiały się początkowo tylko w nocy, ale potem bez skrupułów także w dzień. - Mówiło się "fabryka złota". To nie była żadna fabryka, tam ludzie byli pomordowani - mówi Komadowski. Choć przyznaje, że wielu się tym w ogóle nie przejmowało. - Po kopaniu poobcierał ręce, zjadł sobie i dalej kopał. Wszyscy o tym wiedzieli - dodaje.

Niektórzy mieszkańcy Bełżca nie chcą o "kopaniu" rozmawiać. Jan Ohirko w czasie wojny był dyżurnym ruchu na dworcu w Bełżcu. Dobrze zna temat obozu, miał bezpośredni kontakt z transportami, które przyjeżdżały na śmierć. Ale o szabrownikach, jak twierdzi, nic nie wie. - Kopali, ale ja tam nie byłem - mówi. Dodaje, że słyszał, iż jeden z mieszkańców Bełżca wszystko skupował. - Ja tam nie byłem - podkreśla wielokrotnie. - Tam milicja pilnowała. I, ja wiem, miała swoich chyba zwolenników, którym zezwolono. I grzebali tam - dodaje Ohirko.

Po jakimś czasie na miejsce rzeczywiście zaczęła przyjeżdżać milicja. Pilnowała terenu obozu. - Zabraniali i nawet i strzelali na postrach w górę, żeby ludzie już nie kopali, żeby uciekali - mówi Komadowski.

"To było nieludzkie". Z biedy?

- To było nieludzkie. Przecież tam ginęli ludzie - takiego zdania jest dziś wielu mieszkańców Bełżca. Ale niektórzy próbują innych usprawiedliwiać. - To były ciężkie czasy, wojna. Ludzie nie mieli co jeść - m.in. takie głosy można usłyszeć. Choć jedna z osób powiedziała nam wprost: byli tacy, którzy na tragedii innych chcieli się dorobić.

Ludzie zgodnie podkreślają, że wśród szabrowników większość była przyjezdna. Ale nie jest tajemnicą, że szukali też miejscowi. Franciszka Skiba podkreśla, że nigdy tam nie chodziła. - Ja uznała tyle: jak ciężko zarobisz, to lekko zjesz. Głodneśmy nie byli, ale na darmochę my nie liczyli - mówi. - Żeby ja tam chodziła i grzebała w prochach. Niestety - dodaje.

- Dla moich rodziców chodzenie i kopanie było czymś niewyobrażalnym. To niechlubne w historii tego miejsca, że jedni ludzie innym zgotowali taki los, a drudzy jeszcze się tam "paprali" w tym - mówi dziś wójt Bełżca.

Wyrzuty sumienia

W Muzeum na Majdanku jest pierścionek przekazany przez mieszkańca Szczecina. Został znaleziony na terenie obozu zagłady w Bełżcu. Historyk Robert Kuwałek opowiada, że mężczyzna sam nie wykopał pierścionka, ale znalazł go ktoś z jego rodziny. -Przechowywało się to jako pamiątkę rodzinną - mówi Kuwałek. Gdy zmarła osoba, która pierścionek wykopała, mieszkańcowi Szczecina zaczęła się śnić młoda dziewczyna. Miała być Żydówką, która zginęła w obozie. - Kazała mu zwrócić ten pierścionek. I on dlatego przyjechał do muzeum. My ten pierścionek do dziś przechowujemy - dodaje historyk.

DOSTĘP PREMIUM