Sześciolatek nie żyje. Policja poinformowała media, a później matkę chłopca

Poszukiwany od wczoraj na terenie powiatu choszczeńskiego 6-letnii Mikołaj nie żyje. Informację o tym przekazała mediom zachodniopomorska policja. 10 minut później dotarła do nas prośba, byśmy nie nagłaśniali śmierci chłopca dopóki nie dowie się o tym jego matka. Ale było już za późno: część stacji telewizyjnych i portali internetowych zdążyła już tę informację wyemitować.
Rzecznik zachodniopomorskiej Policji Przemysław Kimon pytany przez reportera TOK FM , jak mogło dojść do tego, by matka nie została poinformowana o śmierci Mikołaja, a media już o tym wiedziały twierdzi, że "to wina mediów, które były na miejscu poszukiwań chłopca" - Informacja została bardzo szybko pokazana przez media i dlatego tak się stało - wyjaśnia dość lakonicznie rzecznik. Tyle, że on sam przyczynił się do rozpowszechnienia tej informacji wysyłając sms-y do mediów nim ktokolwiek porozmawiał z matką.

Pierwszy sms przyszedł o godz. 9.30 o treści "Zakończono poszukiwania z Choszcznie. Znaleziono ciało 6-latka".
Drugi sms z godz. 9.40 brzmiał: "Wstrzymajcie tę informację. Powiadomimy matkę. Ja dam znać, jak już powiadomimy".
Trzeci sms, z godz. 9.56: "Info o chłopcu już można".

Asp. Kimon zapewnia jednak, że matka o śmierci syna dowiedziała się od policyjnego psychologa, a nie z mediów. - To są traumatyczne zdarzenia, dlatego trzeba w odpowiedni sposób poinformować matkę chłopca. O tragicznym finale poszukiwań powiedział kobiecie policyjny psycholog - zapewnia Kimon.

"Sensacyjne podanie informacji wzmaga ból bliskich"

O tym, że sposób przekazania informacji o śmierci jest niezmiernie istotny, mówi kierownik Centrum Psychiatrycznego w Szczecinie dr Ewa Kramarz. - "To jest bardzo trudny moment w pani życiu, bardzo trudny także w moim, ale musimy o czymś porozmawiać". Tak zazwyczaj brzmią pierwsze słowa osoby, która chce przygotować kogoś na najgorszą wieść o kimś bliskim. Nie można tego typu informacji przekazywać w formie sensacyjnej - zaznaczyła psychiatra. - Podanie informacji najpierw przez media, jest dla bliskich ofiar bardzo krzywdzące. Nie upoważniałabym ani prasy, ani radia, ani telewizji, ani rzecznika prasowego do tego, by podawali informacje, które bezpośrednio dotyczą mojego najbliższego członka rodziny, a podaje się takie informacje natychmiast. Po to, żeby żyć sensacją - oburzała się dr Ewa Kramarz.

Tego nie da się uniknąć?

Niestety przypadków, kiedy rodziny ofiar dowiadują się o śmierci bliskich z mediów jest dużo, choćby katastrofa wojskowego samolotu Casa. Gdy media w Mirosławcu dopytywały o stan i liczbę pasażerów samolotu, major Bogdan Ziółkowski prosił o wstrzemięźliwość. Mówił dziennikarzom, że żony oficerów mdlały w drzwiach na widok wojskowych, bo słyszały w mediach, co się stało i już sam dzwonek do drzwi był dla nich informacją, że mąż nie żyje.

Kiedy w październiku 2008 r. w okolicach Kołobrzegu zatonęła pogłębiarka "Rozgwiazda", byłem na miejscu. Jakieś 4-5 godzin od momentu kiedy pogłębiarka zaginęła, nagle ktoś z portu powiedział mi, że przyjechała żona jednego z członków załogi, wskazał mi ją na parkingu przy samochodzie. Nie wiedziała dokładnie, co się stało - zobaczyła na pasku w telewizji, że "Rozgwiazda" jest poszukiwana, więc pożyczyła samochód, wzięła dzieci i przyjechała na miejsce, by się dowiedzieć, co z mężem. Nikt jej nie powiadomił, co się wydarzyło - ani telefonicznie, ani kiedy już dotarła na miejsce. W tym samym czasie media informowały, że rodziny członków załogi już zostały objęte opieką psychologa.

DOSTĘP PREMIUM