Prof. J. o walce o Piotrusia: "Przegraliśmy wszyscy"

- Ja nie jestem górą i nie czuję się żadnym wygranym. Przegraliśmy wszyscy bez wyjątku: matka, ojciec, a najbardziej Kuba - mówi w wywiadzie dla "Wprost" prof. Krzysztof J., ojciec chłopca, o którego od lat toczy batalię z matką.
Grupa umundurowanych policjantów i kilku kuratorów przed kilkoma dniami świcie odebrało 5-letniego Jakuba Piotra matce. Matka twierdzi, że cały czas była brutalnie przytrzymywana, a dziecko przez cały czas płakało.

Dzisiaj, w wywiadzie dla "Wprost", swój punkt widzenia przedstawia ojciec chłopca - prof. Krzysztof J. Tłumaczy m.in. zamieszanie związane z imieniem chłopca - matka nazywa go "Piotrusiem", ojciec - "Kubusiem".

- Nasz syn nazywa się Jakub Piotr J. Tak ustaliliśmy. Mieszkałem z nim półtora roku i zawsze był Kubusiem. Żona się wyprowadziła cztery lata temu w lipcu. W zeszłym roku panie w przedszkolu mi powiedziały, że nie ma Kubusia, jest Piotruś - mówi J. I podkreśla: - Ja się w tym dopatruję niegodziwej psychomanipulacji. Moja była żona może chce w ten sposób wykorzenić dawne wspomnienia związane ze mną i narusza poczucie tożsamości synka.

Profesor podkreśla, że chłopiec obecnie reaguje na imię "Kuba" normalnie i że sam fakt dwóch imion J. wyjaśnił chłopcu mówiąc, że to naturalne, iż niektórzy ludzie mają dwa imiona, jak on sam.

Niebieska karta? "Policja nie weryfikuje..."

W całej sprawie niejednokrotnie podkreśla się, że prof. J. ma założoną tzw. "Niebieską kartę" w związku z rzekomą przemocą, jaką stosował wobec matki dziecka. Dzisiaj J. tłumaczy, że to "powszechnie stosowana praktyka przez dość pokaźną grupę rozwodzących się kobiet". - Proszę zwrócić uwagę, że wystarczy przyjść na policję i zgłosić, a policja tego nie weryfikuje. Dlaczego żona tego nie zrobiła od września 2005, kiedy zamieszkaliśmy razem, a dopiero rok od separacji? Pozostawię to bez komentarza.

Ojciec Kuby zwraca również uwagę, że sprawa przeciwko niemu, związana z przemocą wobec matki, nie ma żadnego związku z jego zachowaniem wobec dziecka.

"Dyktafon był moim orężem"

J. opowiada także w rozmowie z "Wprost" o swoich relacjach z matką i spotkaniach z dzieckiem. - Rozstaliśmy się w lipcu, regulacji prawnych zażądałem jesienią 2007 r. Mówiła mi: "Jak będę chciała, to cię w ogóle nie wpuszczę" albo: "Możesz iść manifestować swoje prawa na ulicy". Od tamtego czasu nieustannie toczymy walki w sądach - mówi.

Podkreśla, że początkowo miał przychodzić i syna zabierać, ale gdy był wpuszczany do domu teściów, był wyzywany i prowokowany. - Dopuścili się rękoczynów - twierdzi J. I podkreśla, że dopiero później dowiedział się, że tamta strona rodziny założyła mu sprawę karną.

Na czym miały polegać rękoczyny? M.in. na wyrywaniu dyktafonu, którym J. próbował nagrywać przebieg spotkań. - To był mój jedyny oręż - żeby nagrać rzeczy, które są wypowiadane przy dziecku do mnie - mówi profesor. - Potem, bojąc się o własne bezpieczeństwo, nie wchodziłem do domu teściów, przyjeżdżałem i prosiłem o wydanie dziecka - dodaje.

Dramatyczne spotkanie? Wina matki

J. odnosi się też do dramatycznego odebrania dziecka matce. Opowiada, że w czasie zdarzenia obecnych było trzech kuratorów. Wszyscy zostali wpuszczeni do środka domu, nikt nie wyłamywał drzwi. Kurator spokojnie zwrócił się do matki, aby przygotowała dziecko. - Żona go nie posłuchała, trzymała Kubę w ramionach. Nie można było tego przedłużać i prowadzić negocjacji. Pozostał ostatni, najgorszy środek - szybkie odciągnięcie jej rąk i zabranie dziecka - mówi J.

Zaznacza też, że to sąd zdecydował, że na czas trwania procesu Kuba trafia pod jego opiekę, wyznaczył nawet kilka dni na wydanie dziecka. - To była żona się nie zastosowała do tego postanowienia - dodaje.

Teraz? "Świetnie się bawi, jest coraz lepiej"

Teraz według J. chłopiec ma się coraz lepiej - świetnie się bawi, dobrze sypia. O matce mówi spontanicznie, opowiadając różnie historie. - Dostał na przykład ciuchcię i mówi: "A z mamą to jechaliśmy długo pociągiem". Nie reaguje płaczem na słowo "mama" - mówi we "Wprost" J.

Czemu więc ojciec ogranicza kontakt Kuby z matką? - Nie wyobrażam sobie teraz spotkania bez kuratora, w moim mieszkaniu. Gdyby matka wykazywała spokój i dobrą wolę, to tak. Ale mam wrażenie, że ona dalej nie rozumie, co się stało, jaką krzywdę wyrządziła.

- Ja nie jestem górą i nie czuję się żadnym wygranym. Przegraliśmy wszyscy bez wyjątku: matka, ojciec, a najbardziej Kuba - podsumowuje profesor.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM