"Nie możemy strzelać do dzieci". Policja tłumaczy bierne zachowanie

Dlaczego policja stała i przyglądała się, jak chuligani niszczą i plądrują sklepy? - to chyba jedno z najczęściej zadawanych pytań związanych z zamieszkami w Wielkiej Brytanii. - Policja wcale nie jest słaba. 25-30 lat temu od razu użylibyśmy gumowych kul i armatek wodnych. Teraz działamy w sposób bardziej przemyślany - tłumaczy Steven Kavanagh z londyńskiej policji.
- Od opinii publicznej otrzymujemy dwa sprzeczne sygnały - tłumaczy na łamach dziennika "The Guardian" Kavanagh. - "Wychłostać ich i powiesić" albo apele, żeby "nie działać drastycznie, bo to jest tylko sfrustrowana młodzież".

Według oficera dowódcy, którzy byli w epicentrum wydarzeń, musieli dokonywać kluczowych wyborów. - Nie możemy tracić dwóch czy trzech policjantów do każdego aresztowania rabusia. Naszym priorytetem jest ochrona życia, nie mienia. Nie było i nie będzie rozkazów, by być pobłażliwym - tłumaczy Kavanagh.

Policjant dodaje, że dowódcy debatowali nad użyciem gumowych kul. Zwyciężyła jednak opcja, że mogło by to zaognić konflikt. - Jeśli jednak zagrożone byłoby życie ludzi, z pewnością nie wahalibyśmy się strzelać z gumowych pocisków.

Kolejnym powodem powstrzymania się przed użyciem drastyczniejszych środków przymusu jest wiek demonstrantów. - Wczoraj za szabrowanie sklepów aresztowaliśmy 11-latków. Czy opinia publiczna byłaby zadowolona, kiedy byśmy do nich strzelali, nawet z gumowych kul? - pyta policjant. Oficer powtarza: tylko zagrożenie czyjegoś życia mogłoby usprawiedliwić użycie tego rodzaju broni.

Policja brytyjska ma też inny problem z gumowymi kulami. Jeszcze nigdy broń tego typu nie została użyta w Wielkiej Brytanii poza Północną Irlandią, gdzie protesty miały charakter ulicznej wojny domowej. Gdyby użyto jej w Londynie, to byłoby jak przekroczenie Rubikonu. - Opinii publicznej mogłoby się wydawać, że jest już tak źle jak w Irlandii Północnej - konstatuje policjant.

DOSTĘP PREMIUM