Balerina, jedenastolatka... Kto uczestniczył w zamieszkach i dlaczego? [III TEZY]

Ponad 1700 osób zatrzymanych, 600 oskarżonych w samym Londynie i pięć ofiar śmiertelnych - taki jest dotychczasowy bilans bijatyk na ulicach miast Wielkiej Brytanii. Eksperci i prasa wciąż nie wiedzą, co było powodem wybuchu zamieszek.
Po prawie tygodniu zamieszek brytyjska policja zatrzymała w sumie ponad 1700 uczestników ulicznych bijatyk lub kradzieży. W samym Londynie ponad 1000 osób trafiło do aresztów, 600 zostało już oskarżonych.

W mediach zaś mnożą się teorie na temat tego, co mogło doprowadziło do starć. Od tez, że to dysproporcje w społeczeństwie są przyczyną frustracji, poprzez wskazanie na konsumeryzm czy słabość policji, aż po najprostsze wyjaśnienie: po prostu takie rzeczy się zdarzają.

Teza I: wykluczeni wyszli na ulice

Teza o buncie wykluczonych z powodu dysproporcji społecznej pojawiła się na łamach brytyjskiego "Guardiana". Według tej teorii na ulice wyszli młodzi ludzie, którzy "nie mają nic do stracenia".



Centrolewicowy dziennik przytacza opinię kryminologa i eksperta od kultury młodzieży, prof. Johna Pittsa. - Oni [złodzieje - red.] czują, że mogą usprawiedliwiać swoje działanie, wskazując jako winne duże korporacje. Sens w tym, że te duże firmy mają góry pieniędzy, a ci młodzi ludzie prawie ich nie mają - uważa rozmówca "Guardiana".

I rzeczywiście - sami uczestnicy zamieszek dawali mediom pretekst do stawiania podobnych tez. - To powstanie klasy pracującej. Rozdzielamy bogactwo - mówił agencji AP 28-letni Bryn Phillips, uczestnik zamieszek, sam siebie określający mianem anarchisty. Podchwycił to znany brytyjski publicysta Andrew Neil i skomentował mówiąc, że wydarzenia brytyjskie to "intifada społecznej podklasy".

- Myślę, że w świecie zachodnim panuje dzisiaj rosnące rozczarowanie do liberalnego modelu demokracji - mówił z kolei w Polsce, w Radiu TOK FM prof. Wawrzyniec Konarski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej i Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Mówi się o wolnym rynku, który tak naprawdę wolnym rynkiem nie jest, bo jest rynkiem korporacji. Mówi się o reprezentowaniu ludzi przez wybranych, tymczasem nie chodzi o żadne pełnienie misji społecznej, ale raczej o to, aby zapewnić swoje hedonistyczne potrzeby. Żyjemy w świecie hipokryzji albo pomieszania pewnych pojęć. Dla bardzo wielu osób następuje poczucie gigantycznego rozczarowania, bo nie mają innego sposobu na życie niż ten, wpajany im do tej pory przez reklamy. W wyniku tego następuje zwrot w kierunku takich dzikich form manifestowania swojej frustracji - komentował politolog.



Wątek wykluczenia konsumenckiego i stylu życia narzucanego przez konsumeryzm opisał z kolei prof. Zygmunt Bauman. Na stronach "Social Europe Journal" ukazał się jego tekst (w Polsce na stronach "Krytyki Politycznej"), w którym socjolog pisze: "Dla wybrakowanych konsumentów, owych "nie-posiadaczy" dnia dzisiejszego, odsunięcie od zakupów jest jątrzącą i ropiejącą raną i upokarzającym brzemieniem niespełnionego życia, a zatem własnego niezgulstwa i niewydolności; braku nie tylko i nie tyle przyjemności, co ludzkiej godności i sensu życia".

Ostatecznie - w opinii Baumana - sklepy, czyli "obwarowane i pilnie strzeżone cytadele pobudowane przez wroga" przypominają ludziom o ich własnej niedoli i bylejakości. "Prowokując swą wyniosłą niedostępnością, zdają się krzyczeć: Ośmiel no się! Spróbuj tylko! Są one wyzwaniem, co tu dużo gadać Ale do czego?!" - pisze.

"To są rozruchy wybrakowanych i zdyskwalifikowanych konsumentów" - reasumuje socjolog.

Teza II: zawiodła policja i rodzina

Prawicowe media zwracają wciąż uwagę na inną - ich zdaniem - przyczynę tego, że ludzie wyszli na ulice. "Nieobecni ojcowie mają do odpowiedzenia za wiele spraw" - pisała Cristina Odone w "The Telegraph". Jej redakcyjny kolega zwraca uwagę: dzisiejsze zamieszki są napędzane czystą chciwością, wiarą, że można mieć coś za nic. "Zwyczajowo występujące hamulce takiego zachowania - albo przez uznanie, że to po prostu niewłaściwe, albo przez perspektywę ewentualnej kary - w tym przypadku są nieobecne" - pisał Philip Johnston.

Powód tego zaniku? Zdaniem dziennikarza strach dorosłych przed wprowadzeniem ostrzejszych zasad moralnych, słaba rodzina i policja, której uczestnicy ulicznych zamieszek się nie boją.



Sama policja daje podstawy do takich twierdzeń. Nie radząc sobie z zamieszaniem na ulicach zaapelowała trzy dni temu do lokalnych społeczności, by pomogły w opanowaniu sytuacji. W Dalston młodocianym zadymiarzom z braku policji stawiła czoło miejscowa społeczność kurdyjska zdecydowana bronić swego mienia.

Niestety, akcje chronienia dobytku przez obywateli niosą ze sobą niebezpieczeństwo - we wtorek w Birmingham zginęło trzech muzułmanów z lokalnej grupy samoobrony, którzy zostali staranowani samochodem na chodniku, gdy pilnowali meczetu i stacji benzynowej.



Teza III: nie ma przyczyn, tak się po prostu zdarza

"Jest powód do rozbieżności w opiniach co do przyczyn zamieszek: sami ich uczestnicy nie wywieszają transparentów" - pisze z kolei w swoim komentarzu w "Washington Post" Anne Applebaum. "Nie skandują. Nie protestowali żadnej konkretnej polityki rządu, jak studenci poprzedniej zimy w Londynie. Nie szukali odbiorców dla swoich poglądów, jeśli w ogóle takowe mają. Chowają się przed kamerami i unikają dziennikarzy" - wymienia publicystka.

Jej zdaniem każdy szukając przyczynę bitwy na brytyjskich ulicach wskazuje na problem, który najbardziej boli... właśnie szukającego tę przyczynę.

A może jej po prostu nie ma?

"Tak jak Egipcjanie na placu Tahrir chcieli demokracji, anarchiści w Atenach zwiększenia wydatków rządowych, tak zamaskowani ludzie na brytyjskich ulicach chcieli 46-calowych płaskich telewizorów HD. Oni nie dewastują siedzib partii Torysów, dewastują drzwi sklepów z ubraniami. Nie korzystają z serwisów społecznościowych, aby stworzyć społeczeństwo obywatelskie lub cyber-utopię, lecz aby kraść" - pisze Applebaum.

Przytacza na podparcie swojej tezy wiadomość krążącą po sieci w poniedziałkową noc, w której nawoływano do "czystego terroru i darmowych zdobyczy". "Po prostu rozwal witrynę sklepową i wynieś na wózku rzeczy, które chcesz!" - miała brzmieć treść komunikatu.

"The Times": Kto był na ulicach? Balerina, agent nieruchomości, jedenastolatka...

Każda z tez publicystycznych może mieć swoje uzasadnienie. Gdy policja zaczęła aresztowania, media znacznie więcej dowiedziały się o uczestnikach zamieszek.

Dzisiejszy "The Times" podaje kilka przykładów: 18-letnia utalentowana sportsmenka, balerina, student prawa, student finansów, agent nieruchomości, 11-letnia dziewczynka, 47-letni przestępca, córka milionera - to tylko niektórzy z chuliganów.

Sprawy kolejnych zatrzymanych cały czas się toczą.

Sytuacja na ulicach uspokoiła się dopiero po tym, gdy premier David Cameron zapowiedział, że w przyszłości w podobnej sytuacji policja będzie mogła wprowadzać godzinę policyjną i czasowo blokować dostęp do portali społecznościowych, ułatwiających uczestnikom zajść koordynowanie rozruchów oraz po tym, gdy... spadł deszcz.

Na razie rząd wszystkich poszkodowanych sklepikarzy zapewnił: będą odszkodowania. Na ten cel rząd przeznaczy 30 mln funtów.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM