Stracili wszystko w trzęsieniu ziemi. Uciekli do Brazylii przed biedą. Tam też ją znaleźli

Wyprawa z Haiti do Brazylii może potrwać nawet dwa miesiące i kosztować 3 tys. dolarów. Ale tysiące Haitańczyków szturmują granice południowoamerykańskiego mocarstwa. Nie mają wyjścia. Dwa lata temu w trzęsieniu ziemi stracili wszystko. Zwabieni rozkwitem brazylijskiej gospodarki, wyruszyli do kraju, który miał być rajem. Dziś znów walczą o byt.
Uśmiechnięty, pucułowaty Agnaldo Valerius nie jest świadomy, jakim wysiłkiem została okupiona jego przyszłość. Kilkumiesięczny chłopiec jest jednym z pierwszych potomków haitańskich imigrantów, którzy osiedlili się w Brazylii po 2010 r.

Agnaldo przyszedł na świat ponad 1000 km od ojczyzny rodziców. Jego ojciec Anoux i matka Mari Monique nie bez powodu wybrali dla syna brazylijskie imię. To hołd dla kraju, w którym chcą odbudować życie sprzed trzęsienia ziemi z 2010 r. Kataklizm zniszczył ich rodzinny dom, zabił ponad 200 tys. rodaków i zdruzgotał słabą gospodarkę. Tysiące ludzi ruszyły do Brazylii, by przeżyć.

- Haiti jest skończone - mówi Anoux i opowiada o rodakach błąkających się po ulicach w poszukiwaniu pracy i jedzenia. - Nasza przyszłość jest tutaj - dodaje. Zwabieni obrazem kwitnącej brazylijskiej gospodarki, Anoux i Mari dołączyli do jednej z pierwszych grup, które ruszyły do Brazylii. Od tamtej pory ten sam szlak przeszły już ponad 4 tys. Haitańczyków.

Trudna droga do pracy i dachu nad głową

Wyprawa z Haiti do Brazylii może potrwać nawet dwa miesiące i kosztować 3 tys. dolarów. Podróż rozpoczyna się w sąsiedniej Dominikanie, skąd uchodźcy lecą samolotem do Panamy. Stamtąd autobusem lub na piechotę przez Kolumbię, Ekwador, Peru, czasem Boliwię docierają do granicy na Amazonce, skąd czeka ich co najmniej tygodniowy rejs do najbliższego miasta.

Kiedy Anoux i Mari Monique dotarli do Manaus, stolicy stanu Amazonas, wystąpili o azyl dla uchodźców. Anoux znalazł pracę jako pomocnik murarza. Jego rodzina dzieli drewnianą chatę z dwoma rodakami. "Pokój dzienny" nie ma sufitu, ale jest w nim lodówka, kuchenka, telewizor i pokojowy wiatrak. Żyją biednie. Ale znaleźli się wśród dwustu pierwszych Haitańczyków, którzy w kwietniu 2011 r. dostali pozwolenie na pobyt w Brazylii.

Zamknięta droga do raju. Rząd nie chce uchodźców

Ich drogę powtórzyły tysiące rodaków, ale władze w Brasilii zrewidowały politykę imigracyjną. 12 stycznia rząd ogłosił amnestię dla 4 tys. uchodźców. Wśród nich znajdzie się 1600 obywateli podobnych do Anouxa i Mari Monique, którzy wcześniej dostali już tymczasowe wizy. Pozostałe 2400 żyje w Brazylii nielegalnie. Przyznanie prawa do pobytu to jednorazowa akcja - rząd chce zaostrzyć kontrole na granicach. Osoby bez wiz do Brazylii nie wjadą. Zapowiedzi polityki otwartych granic pozostały na papierze: ustawa z 2009 r., zapewniająca nielegalnym imigrantom amnestię, nie jest realizowana. Nie najlepiej wygląda na tym tle wizerunek Brazylii, która przewodzi Misji Stabilizacyjnej ONZ na Haiti.

- Nasz rząd lubi pokazywać swój życzliwy image. Może i drzwi do Brazylii są otwarte, ale dla Haitańczyków to są tylne drzwi - komentuje ks. Gelmino Costa z katolickiej parafii w Manaus, który pomaga nowoprzybyłym Haitańczykom. W dziesięciu schroniskach prowadzonych przez jego parafię mieszka obecnie 1200 obywateli Haiti. - Przyjeżdżają wykończeni, chorzy, obrabowani i wykorzystani. Podczas tej drogi tracą dużą część oszczędności - mówi. - Gdyby mieli wizy, mogliby wsiąść do samolotu jak cywilizowani ludzie - dodaje.

"Szukają lepszego jutra, docierają do celu i śpią na ulicach"

Nie wszyscy mieli szczęście jak Anoux i Mari. 36-letnia Fauvette Vincent czeka w grupie kilkunastu osób pod drzwiami kościoła na ks. Costę. Szuka pracy. Swój pierwszy tydzień w Manaus spędziła żałując, że w ogóle przyjechała do Brazylii. - Na Haiti mówi się, że łatwo jest tu znaleźć zatrudnienie, że jest opieka społeczna, która nam pomoże. To same kłamstwa - wzdycha.

W niewielkim, przygranicznym miasteczku Tabatinga, gdzie przekroczyła granicę, mieszka dziś około tysiąca Haitańczyków. Pracy dla nich nie ma. - To było jak drugie trzęsienie ziemi. Ludzie podróżują szukając lepszego jutra, docierają do celu i śpią na ulicach - wspomina. Jej udało się pokonać cztery granice, bo zna hiszpański. Uniknęła też przemytników ludzi, tzw. coyotes. - Jest wielu takich, którzy bogacą się kosztem uchodźców - tłumaczy. - Na początku oferują pomoc. Później wsadzają cię do autobusu i chcą pieniędzy na benzynę. Jak tak może być, skoro zapłaciłeś za bilet? - pyta.

Depresja, praca za najniższe stawki, apatia w schronisku

W katolickim schronisku dla kobiet w Manaus czuje się jak w sierocińcu dla dorosłych. Budynek jest w budowie. Mieszkanki spędzają popołudnie leżąc na starych materacach - śpią, płaczą lub słuchają haitańskich piosenek. Ich opiekunka, zakonnica Santina Perin, mówi, że wiele z jej podopiecznych ma depresję. - Dostają wiele propozycji pracy, ale za bardzo niskie stawki. Właściwie to praca niewolnicza, podobna do smutnej rzeczywistości, w jakiej żyją tu Brazylijki - wyjaśnia. A te pracują często za stawki poniżej krajowego minimum lub za mieszkanie i jedzenie. Haitanki się na to nie godzą. - To delikatna sytuacja - wyjaśnia Perin. - Chcą tu żyć i nie chcą zaakceptować tego, jak traktuje się tu kobiety. Nie winię ich, ale jak chcą przeżyć? - pyta. Większość mieszkanek schroniska nie zgadza się na rozmowy z dziennikarzami i niechętnie pozuje do zdjęć. - Nie chcemy uwieczniać naszych niepowodzeń - tłumaczą.

"Bonsoir!". Ale uchodźców trawi tęsknota za rodziną

Zdarza się, że Brazylijczycy, którzy zatrudnili Haitańczyków, szybko ich zwalniają. Dlaczego? - Po czterech miesiącach pracy, zarabiając stawkę minimalną, zaczynają pytać o podwyżkę - opowiada Alcino Rodriguez, właściciel pobliskiej fabryki. Wtedy "pozwala im odejść". Stawka minimalna to 348 dolarów za miesiąc. Czynsz za wynajem to w Manaus co najmniej 255 dolarów.

Pracodawca Anoux, Marcio Chacon de Melo, tłumaczy, ze Haitańczycy często mają umiejętności, więc ich zatrudnia, ale nie zawsze ma wakat. A kiedy Anoux wdał się w bójkę z brazylijskim współpracownikiem, który z niego żartował, został zawieszony. Mimo kłopotów w pracy 41-latek mówi, że lokalna społeczność akceptuje jego rodzinę. Sąsiedzi wołają do niego "bonsoir!" i machają na powitanie. Mari Monique nie zna portugalskiego, więc przy nawiązywaniu nowych znajomości polega na uroku Agnaldo.

Synek jest radością Anouxa i Mari. Ale patrząc na niego przypominają sobie od razu o trzech dorosłych synach, którzy zostali na Haiti. Formalności nie są przeszkodą, ale para nie ma pieniędzy na kolejną podróż. Nie tracą jednak nadziei. Anoux zrobił prawo jazdy, chce kupić mapę miasta. Jako kierowca będzie zarabiać tyle, ile na Haiti przed trzęsieniem ziemi. I wtedy w końcu jego rodzina znów będzie mogła być razem.



Tłumaczenie i opracowanie tekstu: Iwona Kadłuczka. Artykuł powstał dzięki współpracy z PANOS London, członkiem Panos Network - światowej sieci niezależnych instytutów, których celem jest zapewnienie efektywnego użycia informacji do debaty, pluralizmu i demokracji. Panos London promuje udział osób ubogich i wykluczonych w krajowych i międzynarodowych debatach na temat rozwoju za pośrednictwem mediów i projektów informacyjnych.

DOSTĘP PREMIUM