Wybory w USA. "To jedyny kandydat, który mówi to, co myśli". "Amerykański biznes wykupiłby zabójcę, żeby zastrzelił takiego prezydenta"

Media nie traktują go poważnie. Komentatorzy wymieniają nazwiska słabszych od niego kandydatów do nominacji prezydenckiej Republikanów, a jego pomijają. - Bo Ron Paul mówi to, co myśli - mówi portalowi Gazeta.pl korespondent "GW" w USA Mariusz Zawadzki. - Ale snuje nierealne wizje - komentuje były szef działu zagranicznego "GW" Bartosz Węglarczyk.
USA, stan Iowa, 3 stycznia 2012 r. Pierwsze z serii prawyborów mających wyłonić kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mitt Romney i Rick Santorum dostają po 25 proc. głosów. Tuż za nimi, z 21 proc., jest Ron Paul. W Nevadzie jest trzeci, w New Hampshire i Minnesocie drugi. Jego wyniki sugerują, że to poważny pretendent do republikańskiej nominacji. Ale tak nie jest.

Jeden z najpopularniejszych amerykańskich komików, John Stewart, w swoim programie "The Daily Show" pokazał, jak wygląda to w praktyce. Trwa debata, Ron Paul kończy przemówienie, publiczność gotuje mu owację, a telewizja kpi. Prezenter mruga porozumiewawczo do widzów, jakby chciał powiedzieć: "No tak, cały Ron Paul. I tak nie ma szans, bo jest Ronem Paulem". Czyli kim?

- Jest bardzo nietypowym kandydatem. Na wojnę i walkę z narkotykami ma poglądy bardziej liberalne (według amerykańskich standardów) niż Obama, a na budżet i deficyt - bardzo prawicowe. Gdyby mówił mniej o redukcji obecności wojskowej USA na świecie, a więcej o budżecie i oszczędnościach, to wypadałby lepiej w sondażach. Ale on mówi to, co myśli - mówi portalowi Gazeta.pl Mariusz Zawadzki, korespondent "Gazety Wyborczej" w USA.



"Ron Paul to amerykański Korwin-Mikke"

- Nawet jeśli nie wygra w żadnym stanie, to wkłada kij w mrowisko. Pokazuje inny sposób myślenia, zmusza do zastanowienia - mówi Zawadzki. Niedawno napisał, że "Ron Paul jest dość powszechnie lekceważony i uważany za szaleńca".

Ten "szaleniec" to stary polityczny wyga, wieloletni kongresmam, z którym w Polsce chętnie porównuje się Janusz Korwin-Mikke. I tak samo jak on jest niewybieralny.

- Ron Paul jest amerykańskim odpowiednikiem Janusza Korwin-Mikkego. Dla jednych to, co mówi, jest słuszne, dla innych nie. Ale to, co mówi, jest po prostu niewykonalne - mówi portalowi Gazeta.pl Bartosz Węglarczyk, były szef działu zagranicznego "Gazety Wyborczej".

- Trudno traktować poważnie kogoś, kto chce wyprowadzić Amerykę z ONZ. A wyjście z WTO? Może i Ameryka by wyszła, ale reszta nie i USA zostałyby same, z gigantycznymi cłami na amerykańskie towary. Amerykański biznes wykupiłby zabójcę, żeby zastrzelił takiego prezydenta - dodaje.

Niechciany papież wolnego rynku

77-letni Paul startował do Białego Domu w 1988 r., w 2008 i w 2012 r. I za każdym razem mówił i mówi wyborcom to samo. Zmniejszyć federalny budżet, zabrać amerykańskie wojska z Iraku i Afganistanu. Do tego zlikwidować większość federalnych agencji rządowych i wyprowadzić Amerykę z NAFTA i WTO (bo to "zarządzanie handlem"). Jeżeli istnieje gdzieś wzorzec ekonomicznego konserwatysty, to Ron Paul może służyć za model.

Chwali się, że nigdy nie głosował za zwiększeniem deficytu budżetowego i chce znieść jakikolwiek udział rządu federalnego w obszarze ochrony zdrowia, tłumacząc, że wolny rynek sam spowodowałby obniżkę cen usług zdrowotnych. Byłby szczęśliwy, gdyby wartość dolara znów miała odbicie w rezerwach złota. Ten wierny wyznawca austriackiej szkoły ekonomii poświęcił życie na tłumaczenie Amerykanom, że to wolny rynek doprowadzi ich do indywidualnej wolności. Z takimi poglądami Ron Paul powinien być liderem wyścigu o nominację GOP. Tak jednak nie jest.

"On mówi rzeczy, których przeciętny Amerykanin nie pojmuje"

- Chociaż to, co mówi, jest często bardzo rozsądne, ciągle wielu Amerykanów uważa Paula za kandydata niepoważnego, człowieka, który snuje jakieś nierealne wizje - mówi Mariusz Zawadzki.



- On uważa, że Amerykanie powinni pozamykać większość ze swoich baz, przestać być światowym policjantem i zająć się rozwojem Ameryki. To jest coś, czego przeciętny Amerykanin nie jest w stanie pojąć - podkreśla Zawadzki.

- Załóżmy, że kandyduję na prezydenta Polski. W związku z deficytem budżetowym proponuję: zlikwidować armię i ambasady. To ma sens, bo trzeba ratować polski budżet? Człowieka, który przedstawi taki plan, nie można poważnie traktować. Na tym polega populizm. W dłuższym okresie pomysły Rona Paula się nie opłacą Ameryce - kontruje Węglarczyk.

Ekonomiczny konserwatysta Paul jest też przeciwny aborcji. Ale nawet to nie pomaga mu - ginekologowi, który pomógł przyjść na świat 4 tys. dzieci - zyskać sympatii konserwatywnej prawicy. A mówi jeszcze więcej rzeczy, które się jej nie podobają. Nikogo nie dziwi, że jest przeciw karze śmierci, nikogo nie dziwił też flirt Paula z libertarianami, z ramienia których startował w 1988 r. na prezydenta, bezlitośnie krytykując Reagana. Ale nikogo też nie dziwi, że media nie traktują Paula do końca poważnie.

- Szczególnie w telewizji Fox News, składającej się głównie z jastrzębi, którzy już dawno zaatakowaliby Iran czy Pakistan, bardzo nie lubią Rona Paula. On pokazuje absurdalność takich przekonań, to, że nie mają racji. I go flekują: nie pokazują, nie mówią, jakby w ogóle nie istniał - komentuje Zawadzki.

Prezydent Paul. Człowiek z zasadami

Ale Ron Paul inaczej po prostu nie potrafi. Wnuk emigrantów z Niemiec wychował się w rodzinie, gdzie dorośli nie pracowali tylko w Boże Narodzenie. Jako chłopiec roznosił gazety i strzygł trawniki. Poszedł na studia medyczne, które opłacał z pracy na zmywaku. I już wtedy każdemu, kto chciał słuchać, mówił, że kraj idzie w złym kierunku, bo wydaje za dużo pieniędzy, a rząd ma zbyt dużą władzę nad ludźmi - opisuje młodość Paula "New York Times". Czytał klasyków austriackiej ekonomii - von Hayeka i Ludwiga von Misesa. W swoim gabinecie ubogich leczył taniej lub za darmo, a zyski inwestował w złote monety po 132 dolary za sztukę. Dziś są warte ok. 2 tys. dolarów. Na czym dorobił się Paul? Zainwestował zgodnie ze swoimi przekonaniami - w złoto i inne metale szlachetne. Nie po raz pierwszy udowodnił, że wie, jak zbierać pieniądze.

Umie zbierać pieniądze, nie umie zbierać głosów

To, co umyka części amerykańskich mediów, także konserwatywnych, to miliony dolarów. A dokładniej< a class=c1n href="http://elections.nytimes.com/2012/campaign-finance">31,1 mln dolarów, które zebrał do tej pory na swoją kampanię Ron Paul. To drugi wynik wśród Republikanów (Romney zebrał 63,7 mln, Obama - ponad 150 mln). Dlaczego zatem, skoro skutecznie zabiega o pieniądze, nie przekłada się to na poparcie w prawyborach? Dlaczego wciąż nie odniósł żadnego zwycięstwa w walce o nominację GOP?



- Popierają go głównie młodzi ludzie. On jest w gruncie rzeczy dość czarującą osobą, byłem na paru jego wiecach - podkreśla Zawadzki. - Janusz Korwin-Mikke wygrywa w każdym sondażu na najpopularniejszego polityka w polskim internecie i nie został prezydentem. Młodzi w większości wyborcy Rona Paula patrzą na świat czarno-biało. Jakbym miał 15 lat, też bym go poparł - mówi w rozmowie z Gazetą.pl Węglarczyk. Zawadzki broni kongresmana: - Kiedy słucha się innych polityków amerykańskich, to człowiek jest wręcz pewien, że oni nie mówią tego, co myślą, tylko to, co ktoś tam chciałby usłyszeć - mówi. I dodaje: - Kiedy się słucha Rona Paula, nie ma się żadnych wątpliwości, że - to jego największa wada - ten człowiek mówi to, co myśli.

Ron Paul poprze Romneya? Za jaką cenę?

Z jednym wyjątkiem - Paul nie atakuje najpoważniejszego pretendenta do republikańskiej nominacji Mitta Romneya. - Jest za wolnym rynkiem. Nie będzie Romneyowi wyrzucał jego przeszłości biznesmena - tłumaczy Zawadzki. Czy poparcie Paula mogłoby pomóc Romneyowi? - To mało prawdopodobne, ale gdyby Romney nie zdobył odpowiedniej liczby delegatów przed główną konwencją wyborczą GOP, to Ron Paul urośnie rzeczywiście w siłę - przewiduje korespondent "GW".



Na razie jednak kongresman Ron Paul pozostaje na uboczu kampanii. Media, jeśli poświęcają mu czas antenowy, to głównie po to, by pokazać, jak znów powiedział coś, co być może jest i prawdą, ale nie przysporzy mu wyborców. Najlepiej podsumował to Michael Tanner z think tanku Cato Institute: - On chce 100 procent lub nic. I czasem kosztuje go to utratę 99 proc.

DOSTĘP PREMIUM