Wybory we Francji: zmiany przed ostateczną turą głosowania. Sarkozy ma jeszcze szanse?

Tegoroczna kampania prezydencka we Francji przyniosła kilka zaskakujących zwrotów akcji. Żadnego jednak nie wyreżyserowali spin doktorzy głównych kandydatów. Autorem kluczowego zwrotu był islamski ekstremista Mohammed Merah, który dokonał serii zamachów na południu Francji i przekonał polityków z prawa i lewa, że warto postawić na politykę antyimigracyjną. Tuż przed decydującą turą wyborów Francuzi znów zerkają w stronę Sarkozy;ego.
Te wybory wydawały się przesądzone. Cztery lata niepopularnych cięć budżetowych, kontrowersyjnych decyzji i wypowiedzi, skandali i wpadek Pałacu Elizejskiego miały uczynić z Nicolasa Sarkozy'ego na tyle niepopularnego polityka, by zniweczyć jego szanse na reelekcję.

Od miesięcy faworytem w wyborach prezydenckich we Francji, które dziś wyłonią kolejną głowę państwa, był Francois Hollande z Partii Socjalistycznej. Sprzyjające sondaże i prasa paradoksalnie na dłuższą metę wcale mu jednak nie pomogły, ustawiając go w pozycji defensywnej i każąc mu przede wszystkim trzymać w ryzach goniącego go Sarkozy'ego.

Według francuskiego politologa Dominique'a Moisiego to właśnie etykietka lidera sprawiła, że entuzjazm społeczny, który na początku towarzyszył kandydatowi socjalistów, zaczął delikatnie słabnąć. To zresztą widać to było w samej końcówce wyścigu prezydenckiego, kiedy dwie główne sondażownie Francji pokazały jednakowy spadek poparcia dla niego - dwa dni przed wyborami kandydatów dzieliło już tylko 6 pkt procentowych.

Te wybory już wygrała Marine Le Pen

Pierwszą turę wyborów minimalnie wygrał Hollande, otrzymując nieco ponad 28 proc. wszystkich głosów. Punkt procentowy za nim uplasował się Sarkozy. Prawdziwą zwyciężczynią okazała się jednak Marine Le Pen ze skrajnie prawicowego Frontu Narodowego, którą poparło 18 proc. głosujących. Przechył społeczeństwa francuskiego na prawo - zwłaszcza najmłodszego elektoratu - to wynik m.in. rosnącego niezadowolenia wokół sprawy imigrantów. Stan niezadowolenia pogłębił się jeszcze bardziej po strzelaninach na południu Francji, za którymi stał związany z terrorystami fanatyk islamski Mohammed Merah.

Nagle niemal wszyscy kandydaci zaczęli odmieniać politykę antyimigracyjną przez wszystkie przypadki. Sarkozy z Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP) mówił w tym czasie o 50-proc. redukcji w imigracji i udowadniał, że słowo "granice" nie ma wcale pejoratywnego wydźwięku, podczas gdy Hollande deklarował, że muzułmanie we Francji nie powinni być preferencyjnie traktowani, a kobiety - niezależnie od religii - nie mogą w miejscach publicznych zakrywać twarzy.

Najbardziej wiarygodną adwokatką zmian w polityce imigracyjnej była jednak Le Pen, która mówiła m.in. o konieczności zredukowania legalnej imigracji o 95 proc. Według wielu komentatorów poparcie, które udało jej się dzięki takim hasłom zgromadzić, uczyniło z niej potencjalną decydentkę tych wyborów. Gdyby w tej drugiej turze, do której sama się nie dostała, poparła Sarkozy'ego, obecny prezydent miałby spore szanse na reelekcję. Szefowa Frontu Narodowego postanowiła jednak nie rozpraszać swojego elektoratu i oświadczyła, że w niedzielę odda pusty głos.

Motyw kampanii? "Samobójcze oderwanie od rzeczywistości"

Mimo wszechobecnego kryzysu w Europie kwestie gospodarcze zeszły na drugi plan. Sarkozy groził wyjściem ze strefy Schengen i zapowiadał kolejne reformy, Hollande zapowiadał wprowadzenie 75-proc. podatku dla najbogatszych, a kandydatka Frontu Narodowego obiecywała w razie swojej wygranej wyjście ze strefy euro i Unii Europejskiej w ogóle.

"Ostatecznie ta kampania i tak zostanie zapamiętana z powodu niepoświęcania w niej uwagi programom kandydatów. Francuzi nie rozróżniają między politykiem, który w przeszłości nie dotrzymał obietnic wyborczych, a politykiem, który składa obietnice nie do spełnienia. To samobójcze oderwanie od rzeczywistości zdaje się łączyć zarówno kandydatów, jak i ich wyborców", napisał Moisi, który dalej zaznacza, że w aktualnych wyborach dużo ważniejsze były kwestie wizerunkowe.

Wielka bitwa nad Sekwaną o "normalność"

Znacząca część kampanii upłynęła pod hasłem "normalności". Hollande próbował zbijać kapitał polityczny na dystansowaniu się od kojarzącej się z umiłowaniem luksusu obecnej pary prezydenckiej - Sarkozy'ego i jego żony, byłej supermodelki Carli Bruni. Kandydat socjalistów od początku powtarzał, że będzie "normalnym" prezydentem, który "nie straci kontaktu z rzeczywistością" i "będzie łączył, a nie dzielił".

W odpowiedzi na to para prezydencka postanowiła pokazać swoją bardziej przyziemną stronę. Sarkozy - istotnie często w przeszłości krytykowany za arogancką postawę i tworzenie podziałów wśród Francuzów - zmienił swojego Rolexa na mniej ostentacyjny zegarek Patek Philippe, a jego żona wskoczyła w dżinsy i wyciągnięte swetry. W jednym z wywiadów próbowała nawet przekonywać, że "ona i jej mąż to bardzo skromni ludzie". Jej wypowiedź spotkała się jednak tylko ze złośliwymi komentarzami i porównaniami Bruni do niesławnej Marii Antoniny.

Wiarygodności Sarkozy'ego nie pomógł też mały skandal ze zdejmowaniem jego drogiego zegarka tuż przed tym, jak poszedł ściskać dłonie wyborców w tłumie. "Czy prezydent bał się, że ktoś mu zegarek ukradnie, czy tylko chciał udowodnić, że jest jednym z ludu?" - pytały potem media. Od tego, czy Francuzi uwierzyli, że ich obecny prezydent jest jednym z nich, zależeć będzie wynik wyborów.

DOSTĘP PREMIUM