Wstrząsająca pomyłka: Teksas stracił niewinnego mężczyznę. Opowieść o dwóch Carlosach

W tym dochodzeniu wszystko poszło nie tak - nie sprawdzono podstawowych dowodów, policja działała niechlujnie i w pośpiechu, a prokuratura zignorowała ślady wskazujące na prawdziwego sprawcę. Na koniec stracono niewinnego mężczyznę, bo miał to samo imię co prawdziwy zbrodniarz i był do niego podobny.
Carlos DeLuna został aresztowany w 1982 roku i po pospiesznym procesie skazano go na karę śmierci za zabójstwo 24-letniej Wandy Lopez. DeLuna cały czas utrzymywał, że jest niewinny, i wskazywał na prawdziwego zabójcę. Sąd i ława przysięgłych nie dali mu wiary i w 1989 roku DeLuna został uśmiercony zastrzykiem.

Osiem lat badali sprawę zabójstwa

Dziś okazuje się, że wymiar sprawiedliwości popełnił błąd. Sprawę zabójstwa Lopez zbadał profesor James Liebman z nowojorskiego uniwersytetu Columbia i jego dwunastu studentów. Wyniki badań opublikowali w specjalnym 700-stronicowym raporcie.

Grupa pracowała przez ostatnie osiem lat. Przesłuchali ponad 100 świadków, zbadali każdą możliwą poszlakę w sprawie, wszystkie dokumenty i zdjęcia z miejsca zbrodni. To, co odkryli, zaskoczyło nawet Liebmana, który jest ekspertem od kary śmierci w USA i zdaje sobie sprawę z błędów systemu. - To było jak domek z kart. Wszystko, co mogło pójść źle w tym śledztwie, poszło źle - komentuje profesor, cytowany przez brytyjski "Guardian".

Zabójstwo na stacji benzynowej

Co naprawdę wydarzyło się w teksaskim miasteczku Corpus Christi i dlaczego skazano niewinnego mężczyznę? Tragedia rozegrała się 4 lutego 1982 roku. 20-letni wówczas DeLuna wpadł przypadkiem na swojego starego znajomego Carlosa Hernandeza. Obaj chcieli pójść do baru i porozmawiać. Hernandez udał się na pobliską stację benzynową Shamrock, żeby coś kupić. DeLuna czekał na niego, i gdy kolega nie wracał, poszedł sprawdzić, co się dzieje.

Później, podczas procesu, DeLuna mówił sędziom, że zobaczył przez okno Hernandeza szamoczącego się z kobietą za barem. Przestraszył się i zaczął uciekać. DeLuna był wcześniej notowany za napaść seksualną (choć nigdy nie zatrzymano go za posiadanie broni) i bał się, że znów popadnie w kłopoty.

Kiedy usłyszał syreny radiowozów, schował się pod ciężarówką, skąd 40 minut później wyciągnęli go funkcjonariusze. Policjantom powiedział, że nie popełnił zbrodni, ale zna zabójcę.

Lopez, 24-letnia samotna matka, która dorabiała, pracując na stacji benzynowej, została dźgnięta nożem w klatkę piersiową i wykrwawiła się. Śledczy uznali, że był to napad rabunkowy, który przypadkiem skończył się zabójstwem.

Już w momencie zatrzymania przez policjantów DeLuna wskazał prawdziwego mordercę - Hernandeza, który w przeszłości wielokrotnie był zatrzymywany za brutalne napady z użyciem broni. Przez kolejne sześć lat cały czas konsekwentnie to podtrzymywał.

Prokurator wyśmiał to zeznanie, powiedział przysięgłym, że śledczy nikogo takiego nie znaleźli, a w mowie końcowej określił Hernandeza jako "wytwór wyobraźni DeLuny". Po trwającym sześć dni procesie DeLuna został skazany na karę śmierci. Stracono go w 1989 roku poprzez wstrzyknięcie trucizny.

Podobni jak dwie krople wody

DeLuna został skazany głównie przez zeznania jednej osoby - Kevana Bakera, który feralnej nocy widział szamotaninę w Shamrock przez okno, a potem ucieczkę sprawcy. Podczas procesu wskazał na DeLunę jako zabójcę, ale 20 lat później, podczas rozmowy ze studentem Liebmana, mówił, że "po prostu miał problem z odróżnieniem jednego Latynosa od drugiego".

DeLuna i Hernandez byli nie tylko imiennikami. Obaj mieszkali w małym teksaskim miasteczku Corpus Christi. Mieli ten sam wzrost, wagę i budowę ciała i byli na tyle podobni, że czasem brano ich za bliźniaków. Siostra DeLuny, Rose, i prokurator pomylili obu mężczyzn, patrząc na ich zdjęcia.

Kim był prawdziwy zabójca?

Profesor Liebman wraz ze swoimi studentami stworzył portret psychologiczny Hernandeza. Był alkoholikiem, miał napady agresji i nie ruszał się z domu bez scyzoryka.

Wiele razy był notowany za napaść na stacje benzynowe w pobliżu Corpus Christi. Kilka dni przed zabójstwem w Shamrock widziano go z nożem obok pobliskiego sklepu 7-Eleven. Wielokrotnie dopuszczał się przemocy wobec kobiet - dwa razy był aresztowany pod zarzutem zabójstwa Dahlii Sauceda, która była pchnięta nożem, a na jej plecach zabójca wyciął X. Kilka dni po zabójstwie na stacji Shamrock Hernandez zaatakował inną kobietę.

W październiku 1989 roku, zaledwie 2 miesiące przed straceniem DeLuny, Hernandez został skazany na 10 lat więzienia za próbę zabicia nożem innej kobiety - Diny Ybanez. Nawet wtedy nikt nie zaalarmował sądu i nie użył tego argumentu w obronie DeLuny.

W sumie był aresztowany 39 razy, w tym 13 za posiadanie broni. Praktycznie całe dorosłe życie spędził na zwolnieniu warunkowym. Prawie nigdy jednak nie był wtrącany do więzienia za swoje przestępstwa. Liebeman uważa, że działo się tak, bo Hernandez był... policyjnym informatorem.

Hernandez wielokrotnie mówił krewnym i znajomym, że jest zabójcą. Przyznał się też kilku osobom do zabójstwa Wandy Lopez i śmiał się, że jego "tocayo" (czyli imiennik) wziął na siebie winę. Pogłoski te były na tyle głośne, że w 1986 roku lokalna gazeta wydrukowała zdjęcie Hernandeza w artykule o zabójstwie Lopez. Mimo to prokuratura cały czas utrzymywała, że taki człowiek nie istnieje.

Hernandez zmarł śmiercią naturalną w 1999 roku, podczas odsiadywania wyroku za napaść na sąsiada z 20-centymetrowym nożem.

Wszystkie błędy policji

Zignorowanie Hernandeza to nie był jedyny błąd śledczych. Detektywi nie przeprowadzili podstawowych działań na miejscu zbrodni, by zabezpieczyć ślady. Nie zebrano próbek krwi, by porównać je z krwią podejrzanego. Nie udało się zebrać ani jednego użytecznego odcisku palca. Na podłodze Shamrock znaleziono niedopałek papierosa, gumę do żucia, guzik, grzebień i puszki po piwie. Żaden z tych obiektów nie został przebadany na obecność śliny czy krwi. Nie zbadano też, czy pod paznokciami ofiary zachował się naskórek zabójcy - wymienia "Huffington Post" w artykule o zbrodni.

Na powiększonych zdjęciach widać ślady krwi Lopez, które zabrudziły ścianę i meble do wysokości półtora metra. Po aresztowaniu DeLuny przebadano jego ubranie oraz buty i nie znaleziono ani jednej kropli krwi. Prokuratura uznała, że musiał ją zmyć deszcz. Liebman odkrył na jednym ze zdjęć odcisk męskiego buta w kałuży krwi Lopez. Nigdy nie był on zbadany.

Liebmana zastanowił też pośpiech śledczych w badaniu zbrodni. Niecałe dwie godziny po zabójstwie funkcjonariusz, który kierował dochodzeniem, wyprosił wszystkich śledczych ze stacji Shamrock i nakazał jej umycie. W ten sposób zniszczył wszystkie dowody, które mogły ocalić DeLunie życie.

- Niestety, wszystkie błędy, które popełniono w procesie DeLuny, popełnia się do dziś i skazuje się niewinnych ludzi na śmierć - stwierdził profesor Liebman w swoim raporcie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM