Jak wyrwać młodych z narkogangów? Zamiast szwadronów śmierci wysłać do faweli byłego dilera

Kiedy 29-letni Marcos Lopes opisuje, jak dorastał, będąc głową gangu narkotykowego w faweli w Sao Paulo, zachowuje się jak narrator filmu akcji. Gwałtownie gestykulując i nadając historii jeszcze więcej dramaturgii, na koniec każdego przywołanego wspomnienia dodaje: - Życie to była czysta adrenalina.
- Wrogowie potrafili pojawić się znikąd. Padały strzały. Odpowiadaliśmy tak samo - mówi. Kiedyś zastali go bez broni. Kupował właśnie hot doga, ubrany tylko w szorty. - Nigdy tak szybko nie biegłem przez ulice Capao Redondo - przyznaje. Innym razem to jego szajka otoczyła, jak im się wtedy wydawało, członka przeciwnego gangu. - Nas strzelało dziesięciu, a on był sam. Posyłał w naszą stronę pojedyncze kule, co chwilę chowając się za swoim samochodem - ciągnie.

Po chwili dopowiada: - Bogu dzięki, że udało mu się uciec, bo później okazało się, że to był jeden z naszych. Pomyliliśmy go z kimś innym. Do tej pory pamiętam, jak bardzo jego matka była na mnie wściekła.

Od narkogangstera do wzoru dla młodzieży

Dziś Marcos uśmiecha się na myśl o tamtym wydarzeniu. Dla niego to już przeszłość. Zrezygnował z dawnego stylu życia, wrócił do szkoły, napisał autobiografię i został nauczycielem. Ale ofiara z młodości, jaką złożył na rzecz świata zbrodni, jest nadal powszechna w brazylijskich dzielnicach nędzy. Na pobliskim cmentarzu dwie trzecie wszystkich grobów to mogiły chłopców i mężczyzn między 13. a 25. rokiem życia. Niektóre z nich należą do przyjaciół Marcosa, którzy zginęli w walkach o "terytorium".

Ogromna dawka emocji w jego relacji potrafi przykuć uwagę kilkudziesięciu nastolatków zebranych w sali gimnastycznej. To od takich rozmów zaczął. Z czasem zapraszało go coraz więcej szkół - oparte na prawdziwych historiach wystąpienia miały być najlepszą przestrogą dla uczniów. Teraz Marcos realizuje autorski program pomocy dla chłopców, którzy należą do "ruchu" [lokalny eufemizm określający biznes narkotykowy - przyp. red.]. Gdy Brazylia usiłuje znaleźć nowe pomysły na walkę z przemocą w fawelach, to przykłady z życia wzięte i projekty społeczne, takie jak ten realizowany przez Marcosa, mogą być tak długo poszukiwaną i trafną odpowiedzią.

"Marzyłem o byciu dilerem, bo chciałem szacunku"

Były gangster wie, że próba zmniejszenia wskaźnika przemocy w fawelach nie wystarczy, żeby przekonać dzieci, by nie wstępowały do gangów narkotykowych. Mimo że Brazylia przeżywa rozkwit ekonomiczny, który stwarza nowe możliwości dla społecznie upośledzonej młodzieży, dzielnice nędzy wciąż pozostają brutalnym przypomnieniem postawy: "wszystko albo nic". Chłopcy dorastają obok cuchnących kanałów wodnych i chmary szczurów przeczesujących walające się dookoła śmieci. Jak Marcos.

Zaczął zarabiać już jako 8-latek, wydobywając i sprzedając piłki nożne, które wpadły do kanałów. Kiedy wracał do domu, ojciec alkoholik bił go, ilekroć przyniósł do domu błoto. Ciężko było mu zrozumieć taką karę, wiedział, że letnie deszcze i tak podmyją chatę mułem z tych samych ścieków. - To nieprawda, że marzyłem o byciu dilerem dlatego, że mieszkałem w faweli. Ale od kiedy pamiętam, chciałem rozmawiać z tymi chłopcami. Oni byli nietykalni. Ja też chciałem podobnego szacunku - wyjaśnia Marcos, wskazując na ważny fakt, na który dopiero teraz zaczęli zwracać uwagę brazylijscy decydenci.

Pokojowa policja przejmuje terytorium gangów

- Biznes narkotykowy to jedno, kontrola terytorium i jej konsekwencje to drugie - tłumaczy socjolog Michel Misse, profesor na Uniwersytecie Federalnym w Rio de Janerio i autor książki "Zbrodnia i przemoc w dzisiejszej Brazylii" (ang. "Crime and Violence in Contemporary Brazil"). Kiedy gang narkotykowy przejmuje fawelę, zbroi się i kreuje silne poczucie dominacji jednej grupy nad całą społecznością.

Jak twierdzi Misse, ten problem jest poważniejszy niż sama sprzedaż narkotyków i wymaga odpowiedniej polityki. - Największym wyzwaniem dla Brazylii jest odzyskanie kontroli nad takimi okolicami, zredukowanie znaczenia biznesów narkotykowych i zniwelowanie przemocy z nimi związanej - orzeka. Teoria Misse to główna idea, jaka przyświeca Unidade de Pol~cia Pacificador (UPP), pokojowym oddziałom policji, powstałym w ramach rządowego programu w Rio de Janeiro.

Oddziały działają falowo. Najpierw żandarmeria wojskowa aresztuje dilerów. Później wkracza policyjny zespół, który nie kieruje się stereotypem, że młodzież w fawelach to przestępcy, i próbuje budować relację ze społecznością. Na końcu do głosu dochodzą agencje rządowe i wprowadzają swoje projekty urbanizacyjne. Program został zapoczątkowany w 2008 roku i od tamtej pory w niektórych dzielnicach nędzy pokojowe oddziały policji koegzystują z niestosującymi przemocy punktami sprzedaży narkotyków.

Broń, narkotyki i pieniądze równa się szacunek ludzi ulicy

Zanim zaczęto realizować program, fawele w Rio były szkołą zbrodni dla Marcosa. Spędził tam pół roku jako 14-latek i zaprzyjaźnił się z baronem narkotykowym. Ten dał mu ochronę i nauczył używać broni. Pokazał też, jak mieszać i sprasowywać kokainę. - Był jedyny w swoim rodzaju, wszyscy go szanowali - mówi i uśmiecha się na wspomnienie o darmowej wodzie sodowej, jaką zapewniała mu ta znajomość. Jedyny raz, kiedy wolałby akurat nie znaleźć się w domu barona, to dzień wkroczenia policji. - Obudziły mnie kopnięcia. Pobili mnie, zabrali wszystkie pieniądze i kokainę. To wtedy nauczyłem się nienawidzić glin - opowiada.

Marcos wrócił do Sao Paulo i szybko wykorzystał nowe "umiejętności". - Zadzwoniliśmy do chłopaka, który przyniósł nam kokainę. Wiedziałem już, jak mieszać ją z talkiem. W pierwszym tygodniu zarobiliśmy 20 tys. reali (33 tys. zł). Bez problemu zamawialiśmy coraz więcej, ale nigdy nie wiedzieliśmy, skąd pochodzą narkotyki - zaznacza.

Krajowy łańcuch dystrybucji jest długi i trudny do wykrycia. Brazylia nie jest producentem na dużą skalę, ale jest jednym z największych konsumentów kokainy i ważnym "korytarzem" do Europy. - Mamy dwa różne rynki dla narkotyków pochodzących z Boliwii, Kolumbii i Peru - wyjaśnia Misse. - Duże pieniądze są w interkontynentalnej drodze, która tylko przechodzi przez Brazylię. To na szczycie tej hierarchii są prawdziwi baronowie narkotykowi. Ale są też setki wewnętrznych dróg dla konsumpcji krajowej o bardziej skomplikowanej strukturze, z większą liczbą pośredników - dodaje.

"Będziesz następny"

Sprzedaż narkotyków dała Marcosowi więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek marzył, ale w końcu zaczął się bać. Stracił wiele bliskich osób, ale jedną ze śmierci odczuł wyjątkowo dotkliwie. Gdy zginęła Ana Paula, jego najlepsza przyjaciółka i powierniczka, w życiu Marcosa nastąpił przełom. Dzień po jej zabójstwie uciekł do drugiej w kolejności osoby, którą darzył największym zaufaniem - Dagmar Garroux, zwanej ciocią Dag, dyrektorki szkoły Casa do Zezinho i szefowej organizacji non profit, gdzie Marcos jako kilkulatek grywał w piłkę i przychodził uczyć się pisać. - Będziesz następny - ostrzegała. I namawiała: - Wróć do nas, wróć do swoich marzeń. Poskutkowało. Marcos odszedł z "ruchu" i zamknął się w bibliotece, gdzie miesiącami czytał książki. W końcu zaczął sam opisywać swoje przeżycia.

Casa de Zezinho to jedno z tych miejsc, gdzie dzieci mogą się zgłosić, nawet będąc pod wpływem narkotyków. Kiedy opiekun zauważa, że nastolatek jest uzależniony, wysyła go do psychologa. - Walka z nałogiem jest trudna, ale wygrana nie jest niemożliwa - podkreśla Dagmar Garroux. - Prawdziwym wyzwaniem są jednak ci, którzy nie używają narkotyków, ale przynależą do "ruchu", ponieważ wiedzą, że mogą w ten sposób zrobić "karierę" - dodaje Garroux. W ciągu 18 lat straciła dwóch uczniów, którzy przedawkowali, i aż 20, którzy zginęli w porachunkach gangów.

"W czym pomogą ci pieniądze, jak pójdziesz za kratki?"

Pierwszym argumentem, jakiego używa Marcos, żeby dotrzeć do swoich rozmówców, jest rozbudzenie świadomości utraty wolności. - Co zrobicie ze swoimi pieniędzmi, kiedy nawet nie będzie wam wolno zobaczyć oceanu? - pyta (handlarze nie mogą podróżować, ponieważ stają się wtedy łatwym celem dla innych gangów i na obcym terenie są bezbronni wobec ewentualnego aresztowania przez policję). Później Marcos zabiera nastolatków na plaże w Rio de Janeiro i Sao Paulo.

- Marcos wyciągnął do mnie rękę, a ja ją chwyciłem - przyznaje Anderson Ailton Odorico, 21-latek mieszkający i dorastający w domu, który stał się "kokainową metą". Dzisiaj Marcos wziął też pod skrzydła 15-letniego Henriquesa*. Z tyłu samochodu, którym jadą we trójkę, Anderson opowiada mu, jak jego koledzy ze szkoły czytali niedawno książkę Marcosa.

Widać, że też chcieliby ją przeczytać, ale wciąż są analfabetami. Dopiero niedawno zapisali się do szkoły podstawowej dla dorosłych. - Gdzie możemy kupić twoją książkę, bracie? - pyta Anderson. - Musisz ją zamówić przez internet - wzdycha Marcos. W pobliżu nie ma przecież żadnej księgarni.

*imię zostało zmienione

Tłumaczenie i opracowanie tekstu: Iwona Kadłuczka.

Artykuł powstał dzięki współpracy z PANOS London członkiem Panos Network - światowej sieci niezależnych instytutów, których celem jest zapewnienie efektywnego użycia informacji do debaty, pluralizmu i demokracji. Panos London promuje udział osób ubogich i wykluczonych w krajowych i międzynarodowych debatach na temat rozwoju za pośrednictwem mediów i projektów informacyjnych.

DOSTĘP PREMIUM