25 tysięcy podpisów pod petycją do Obamy ws. Smoleńska. Jak odpowie Biały Dom?

W ciągu kilku dni 25 tys. internautów podpisało umieszczoną na stronie Białego Domu petycję do prezydenta Baracka Obamy o powołanie komisji międzynarodowej do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Ta liczba oznacza, że administracja prezydenta musi zająć się pismem. Nie wiadomo jednak, jaki będzie jego skutek.
Liczba podpisów pod petycją - m.in. dzięki akcji informacyjnej wśród Polonii amerykańskiej i prawicowych portali internetowych - wzrastała z godziny na godzinę. Rano brakowało ich około 600. W ciągu kilku godzin liczba brakujących podpisów zmalała do zera. Oznacza to, że administracja Białego Domu musi petycję rozpatrzyć. Co to oznacza w praktyce? Strona whitehouse.gov wyjaśnia zdawkowo - urzędnicy zanalizują petycję, wyślą do właściwego zespołu ekspertów i wydadzą oficjalną odpowiedź. Na wyniki akcji trzeba będzie zatem jeszcze poczekać.

Co administracja Obamy zrobi z petycją ws. Smoleńska?

Tym bardziej, że wprowadzone pod szumną nazwą We, The People ("My, Naród" - z Konstytucji USA - red.) narzędzie komunikacji amerykańskiej administracji ze społeczeństwem jest od początku krytykowane jako dość nieefektywne. Petycji złożono wprawdzie setki, ale nie wszystkim udało się przekroczyć wymagany próg 25 tys. podpisów, a jeśli już się ta sztuka udała, to reakcja waszyngtońskiej administracji była raczej ograniczona.

Przykładem było choćby powierzenie odpowiedzi na liczne petycje dotyczące legalizacji marihuany szefowi Biura ds. Polityki Kontroli Narkotyków, Gilowi Kerkowskie, który na mocy ustawy regulującej jego pracę musi sprzeciwiać się legalizacji jakichkolwiek narkotyków. W USA trwa też debata dotycząca tego, jakie kwestie powinny stawać się przedmiotem petycji. Publicyści pytali m.in., czy zasadne jest, by strona umożliwiająca zakładanie petycji odzwierciedlała tematy aktualnie istotne dla społeczeństwa, czy też ukazywała kwestie, które dopiero próbują przedostać się do publicznej świadomości.

Petycja z błędami

W anglojęzyczną treść petycji wkradły się błędy, m.in. określenie Rosji jako "Sędziego" we własnej sprawie - wielką literą, w wielu miejscach brakuje też niezbędnego w angielskim przedrostka "the", są także literówki, (whether) zdania skonstruowane bez poświęcania uwagi przecinkom. Do tego dochodzą m.in. niewłaściwe zaimki przed rzeczownikami w liczbie mnogiej, jak również informacje nieprawdziwe.

Pierwsza mówi o "ściśle ograniczonym dostępie" do znajdującego się w Rosji wraku tupolewa i innych dowodów - w rzeczywistości polscy śledczy nie mieli problemów z dostępem do tych materiałów za każdym razem, gdy taka potrzeba miała miejsce, czyli co najmniej trzykrotnie.

Nieprawdziwe informacje w petycji do Białego Domu

Druga nieprawdziwa informacja stwierdza, że tezy raportu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego MAK zostały zakwestionowane i obalone metodami naukowymi. Oficjalny, polski raport komisji Millera, wraz z uwagami do raportu MAK wytykał rosyjskiemu komitetowi w wielu przypadkach rażące błędy, demaskował często nieprawdziwe stwierdzenia lub przedstawiał prawdę całkowicie inną od proponowanej przez Rosjan. Nie wykluczył jednak całkowicie przyczyn wymienionych w petycji - błędu pilotów, pogody,

Ponadto petycja głosi, że "główną konkluzją naukowców jest to, że przyczyną wypadku były dwie eksplozje". Ponownie mowa tu nie o oficjalnych wynikach polskiej komisji badania wypadków lotniczych czy też ustaleniach prokuratury, ale o wnioskach naukowców (m.in. prof. Biniendy) współpracujących z parlamentarnym zespołem Antoniego Macierewicza ds. katastrofy.

Wnioski te nie są zatem wiążącą interpretacją, którą można przedstawić prezydentowi Stanów Zjednoczonych, by na tej podstawie podejmował decyzje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM