"Cała sytuacja wymknęła się spod kontroli" - ekspertka o procesie Pussy Riot

- Dziewczynom udało się wejść do najnowszej historii Rosji. Ich proces będzie cezurą czasową, od której będzie się liczyć nowe porządki polityczno-społeczne - mówi dla portalu Gazeta.pl Katarzyna Kwiatkowska, znawczyni współczesnej Rosji. - Władzy zależało, żeby ich akcja wyglądała jak czysto antyreligijny performance - tłumaczy.
Agnieszka Wądołowska: Po co Rosji proces, o którym zachodnia prasa pisze, że jest jak z czasów stalinowskich czy wręcz ze średniowiecza?

Katarzyna Kwiatkowska*: Moim zdaniem cała sytuacja wymknęła spod kontroli. Nastąpił tak zwany efekt kuli śnieżnej i sprawa anarchistek, które reprezentują sztukę niszową, stała się znana na całym świecie. Ten rozgłos przeszedł oczekiwania wszystkich zainteresowanych stron.

Dlaczego zatem Rosja naraża swój międzynarodowy wizerunek? Cofnijmy się do jesieni 2011 r. Od lat 90. było jasne, że Cerkiew i państwo wiąże symbioza, ale to Kościół był zależny od władz. Tymczasem od czasów Cyryla wyżsi duchowni uzyskiwali coraz większy wpływ na to, co dzieje się w państwie. Nie wszystkim się to podobało. Kiedy jesienią przewieziono jedną z relikwii prawosławnych - Pas Bogurodzicy - do Moskwy i innych większych miast, okazało się, że tych wiernych prawosławnych jest morze. Był to wyraźny pokaz siły patriarchy, który udowodnił, że jest w stanie gromadzić tłumy.

Od 2012 r. właściwie co miesiąc mamy do czynienia z jakimś skandalem, w który był zaplątany patriarcha. Obrońcy duchownego twierdzą, że nie ma mowy o przypadku. A głośna sprawa Pussy Riot to pole cichego starcia między częścią elity i Cerkwią.

Czyli ich akcja została wykorzystana do rozgrywek na linii państwo-Cerkiew?

To truizm, ale gdyby dziewczyny zostawiono samym sobie, to pies z kulawą nogą by nie pamiętał o ich akcji. A tak sytuacja nabrzmiała do granic możliwości. Władzy zależało, żeby ich akcja wyglądała jak czysto antyreligijny performance. Choć on był przecież przede wszystkim polityczny.

Wykorzystano też tę sytuację, żeby skłócić wierzących i klasę średnią, która wyszła w grudniu na ulice. I rzeczywiście ta przepaść między bogobojnymi prawosławnymi a zlaicyzowaną klasą średnią w tej chwili się powiększyła i będzie ją bardzo ciężko zakopać. Dlatego część ekspertów mówi o prowokacji, w której mogły być - najprawdopodobniej bezwiednie - wykorzystane dziewczyny z Pussy Riot. Mnie bardziej prawdopodobną wydaje się wersja, że ktoś z elity mógł wykorzystać ich wystąpienie do politycznych rozgrywek z Cyrylem.



Wcześniejsze antypaństwowe akcje Pussy Riot nie przebijały się w takim stopniu do powszechnej świadomości jak ich występ w cerkwi Zbawiciela.

Cerkiew Chrystusa Zbawiciela to z kilku powodów bardzo symboliczne miejsce. To świątynia, w której w czasie świąt przyjeżdżają pierwsze osoby w państwie - prezydent, premier. I to tam najlepiej widać tę symbiozę państwo-Kościół. Dla niektórych ten sobór stał się symbolem korupcji - restauracja świątyni za kadencji długoletniego mera Łużkowa kosztowała krocie.

Więc marketingowo to był bardzo dobry pomysł. Tak samo jak te kolorowe kominiarki. Każdy może je nałożyć i już wiadomo, o co chodzi. Ale rzeczywiście to miejsce było w tej akcji kluczowe, nie wszyscy o tym pamiętają, ale one kilka dni wcześniej zorganizowały taki sam występ w innej cerkwi. Wtedy po prostu je wyprowadzono, a akcja nie nabrała żadnego rozgłosu. Przyszły więc do cerkwi Zbawiciela. Zagrało kilka czynników i stworzyły z tego sprawę na miarę procesu Chodorkowskiego. Tego na pewno nikt się nie spodziewał.

A co z reakcją samego Cyryla, który jest z wizytą w Warszawie?

Patriarcha milczy. Nawet część prawosławnych pisała list od patriarchy z prośbą o wybaczenie i żeby wstawił się za dziewczynami. Choć Cyryl milczy, inni duchowni wypowiadają się w sposób bardzo radykalny i wielu prawosławnych rozumie, że to po prostu zaszkodzi Cerkwi. Już zresztą szkodzi. Ale mimo milczenia patriarchy, w komentarzach coraz częściej wraca się do politycznego wymiaru ich akcji, przypomina się, że ich sprawa mała też uderzać w Putina. A kwestii wizyty i historycznego pojednania sprawa ich procesu raczej nie zakłóci.

Pussy Riot zdobyła ogromne poparcie za granicą. Do ich uniewinnienia wzywają gwiazdy pop, niemieccy politycy, brytyjscy artyści, organizowane są protesty na całym świecie.

Ich sprawa ma pewien element międzynarodowy, ma kosmopolityczny wymiar. Nie ma w niej niezrozumiałego dla Zachodu uwikłania. Nie ma wątpliwości typu - a bo to sądzony jest rosyjski oligarcha, a bo to było w latach 90. i właściwie nie wiadomo. Ich sprawa i na Zachodzie, i w Polsce wydaje się jasna, znana też z własnego podwórka - każdy kraj na jakimś etapie swojego rozwoju mierzył się z kwestią tarć na linii państwo Kościół.

Oczywiście też ci, którzy chcą dokopać Rosji, znajdą w tej sprawie dowód na to, że faktycznie panuje tam nadal krwawy zamordyzm, że to żadna demokracja, że to dyktatura. Podobnie osoby antyklerykalne znajdą sobie kolejny dowód na opresyjność Kościoła.

Oburzamy się w sprawie Pussy Riot, ale w Polsce sami potrafimy wydawać wyroki za słowa obrażające uczucia religijne - choćby sprawa Dody.

Tak, to bardzo ciekawe, czy ci, którzy u nas występują w obronie Pussy Riot, oburzali się na wyrok w sprawie Dody. Choć kwestia dziewczyn urosła już do rangi takiego wielowymiarowego symbolu, że łączy zarówno prawicowe jak i lewicowe środowiska. I każdy też może znaleźć w niej coś dla siebie.

Mówiłyśmy o antyreligijnych i antypaństwowych wystąpieniach "pusiek", ale zapomina o ich feministycznych postulatach.

Tak, to jest w tej sprawie potwornie irytujące. Jedni traktują dziewczyny niemal jak "jawnogrzesznice", przypominając kontrowersyjną akcję Wojny z muzeum biologicznego, w której brały udział. Mówią o nich, że to są po prostu bezwstydnice. Obrońcy z kolei bagatelizują te kwestie i przekonują jedynie, że dziewczyny szukały rozgłosu.

A kwestie feministyczne są tu bardzo ważne. Moim zdaniem część takiej otwartej nienawiści, którą wzbudziły, wynikała z tego, że to są kobiety, że to właśnie młode kobiety poszły do cerkwi protestować. Bo takie zachowanie jest zupełnie w poprzek oczekiwaniom religijnym wobec kobiecej roli i w poprzek tego, co jest przyjęte w Rosji. Bo mimo 20 lat demokracji, to jest wciąż dość głęboko patriarchalne społeczeństwo i słowo feminizm kojarzy się bardzo negatywnie.

Czy da się akcję Pussy Riot porównać do działań Wojny?

Zarówno Wojna jak i Pussy Riot szukają takich punktów tektonicznych w relacjach społecznych, w relacjach jednostka państwo - tak było z tym znanym fallusem, który stał na moście zwodzonym w Sankt Petersburgu na wprost okien siedziby Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB). Chcieli, że służby mają za duży wpływ na państwo.



Tu było podobnie, dziewczyny chciały zwrócić uwagę na symbiozę państwo-Kościół i chciały zwrócić uwagę na jej szkodliwość. Więc to ta sama metoda - szukanie tego, co trzeszczy, robienie z tego prowokacji, żeby nagłośnić problem.

I tu dochodzimy też do dwóch teorii, jak w ogóle powstała grupa Wojna - jedna to, że to ten trzon petersburski ją stworzył. Druga, że Nadia i jej partner też ją współtworzyli. Ale grupa w 2008 roku się skłóciła i podzieliła. Teraz obie frakcje przyznają się do tradycji "prawdziwej" Wojny. Wytworzyła się między nimi pewna rywalizacja.

Petersburska Wojna ze swoimi akcjami zyskała ogromną popularność, a ta moskiewska nie mogła się ciągle przebić. Organizowały m.in. akcję, gdy było przemianowanie milicji na policję, składały wtedy policjantkom głębokie pocałunki. Było to feministyczne, było z pewnym pomysłem, ale to nie były niebieskie wiaderka Wojny.

Miały też akcję w sądzie, z wpuszczeniem karaluchów. Ale to wszystko było takie łobuzerskie, nie kojarzono ich ze sztuką. Było widać, że Nadia i jej partner wyraźnie szukali sposobu znalezienia rozgłosu, ale też wymiaru artystycznego. Akcja z cerkwi Zbawiciela jest zresztą zgłoszona do jednej z rosyjskich nagród artystycznych. Zobaczymy.

No właśnie, jak to jest z tymi nagrodami za akcje antysystemowe. Z jednej strony władze aresztowały aktywistów Wojny, z drugiej dostali nagrodę Innowacje, która jest sponsorowana przez rosyjskiego ministra kultury.

Oto Rosja właśnie. Ten dysonans i kij i marchewka - i aparat represji i nagroda. Samą nagrodę dla Wojny tłumaczono na zasadzie pewnego "oswojenia" grupy. Pokazania, że może ci aktywiści są trochę szaleni, ale władza głaszcze ich po główce i już nie wydają się tacy niezależni i opozycyjni. Też nie wszyscy uważali, że należało ją przyjąć. Z Pussy Riot oczywiście sprawy poszły już zdecydowanie za daleko - państwo zapomniało o marchewce.



No dobrze, o Wojnie też sporo wiadomo na Zachodzie, a co z podobnie działającymi środowiskami czy grupami, które zupełnie się do nas nie przebijają.

Są całe takie sprawy. Ilja Farber dostał 8 lat kolonii karnej, a to jest człowiek wcześniej niekarany. Farber to taki artysta, który z Moskwy wyjechał na wieś, chciał wyremontować tam dom kultury, działać na prowincji. Obrona mówi, że sam odkrył sprawę korupcyjną, a potem został o nią oskarżony. Nawet gdyby był w coś umoczony, to i tak to bardzo surowy wyrok. Ale oczywiście to nie jest wina Pussy Riot, że sprawa tego artysty nie wyszła. Jedno jest pewne, dziewczynom udało się wejść do najnowszej historii Rosji. Ich proces będzie cezurą czasową, od której będzie się liczyć nowe porządki polityczno-społeczne.

*Katarzyna Kwiatkowska - ekspertka Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, członkini redakcji "Res Publica Nowa", autorka bloga "Zrozumieć Rosję"

DOSTĘP PREMIUM