Od Ann Romney do Clinta Eastwooda. Najważniejsze momenty z konwencji GOP w Tampa 

Konwencja GOP w Tampa już za nami. Nie była pełnym sukcesem, ale dzięki kilku mocnym fragmentom spełniła swoje zadanie.
Dwie najlepsze mowy to wystąpienia Condoleezzy Rice i młodego senatora z Florydy, Marco Rubio. Była sekretarz stanu brzmiała prezydencko - dużo bardziej prezydencko niż sam kandydat na to stanowisko. Rice wygłosiła swoją mowę bez telepromptera, mówiła ze swadą, płynnie, od czasu do czasu zaglądając do notatek. Brzmiała pewnie, płynnie wypowiadała się i o sytuacji zagranicznej, i o edukacji. Gdy wspomniała, że jej rodzice mówili jej, że może zostać, kim chce, nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych, niejeden Republikanin mocniej westchnął. Niektórzy publicyści już sugerują, że tym wystąpieniem Rice pokazała, że zamierza w następnym cyklu wyborczym walczyć o nominację prezydencką. Marco Rubio nie brzmiał tak samo pewnie jak Condoleezza Rice, ale jego przemówienie o amerykańskim śnie, o własnej rodzinie, która w poszukiwaniu lepszego życia przybyła do Stanów Zjednoczonych z Kuby, musiało się podobać słuchaczom. Rubio jest młody, elokwentny, przystojny i wyrasta na gwiazdę Partii Republikańskiej.

Dużą gwiazdą konwencji była także żona Mitta - kampania Romneya wreszcie pokazała światu Ann - nie na darmo uważa się, że to najsilniejsza broń kandydata. Choć początkowo była lekko stremowana i spięta, to mogła się podobać - jej autentyczność, serdeczność i nieskrywane emocje to coś, czego Mitt Romney potrzebuje. Mówiąc cynicznie, Ann musiała uczłowieczyć Mitta, i wypełniła swoją rolę znakomicie. Adresatem jej mowy były kobiety - ważna grupa demograficzna, bez poparcia której trudno będzie wygrać wybory. Na razie większość amerykańskich kobiet zamierza głosować na Obamę - nawet jeśli Ann nie udało się przekonać wszystkich, na pewno to, co powiedziała na scenie w Tampie, było pilnie słuchane.

Co może wydać się zaskakujące, to przemówienia, które wygłosił "ticket", czyli Paul Ryan i Mitt Romney, trudno uznać za najlepsze na tej konwencji. Ryan wygłosił najbardziej spójny atak na politykę gospodarczą Obamy ze wszystkich mówców w Tampa, a jego mowa została entuzjastycznie przyjęta przez aktywistów GOP. Ale zawierała także liczne nieścisłości, które jeszcze przez wiele dni będą opisywane przez amerykańskie media. Ryan kosztem prawdomówności wyprowadził jednak bardzo bolesny cios w Obamę, a słowa o "wypłowiałych plakatach z Obamą", w które wpatrują się zmuszeni do mieszkania z rodzicami młodzi ludzie w Ameryce, zapamiętali wszyscy. 

Romney w czwartkowym przemówieniu zrealizował cel, który był też celem całej konwencji: wreszcie pokazał emocje. W kilku momentach dobrze napisanego przemówienia Romney był autentycznie wzruszony. Pokazał swoją prywatną, osobistą stronę - to, do czego jego doradcy namawiali od dawna. A poza tym przeprowadził sprawny atak na Obamę, zderzając niespełnione, pompatyczne obietnice prezydenta z własnym, realistycznym i biznesowym podejściem. Główny przekaz jego przemówienia: historyczna natura wyborów w 2008 nie powinna przeszkadzać w tym, że teraz można "zwolnić" Obamę.

Ale przemówienie Romneya nie jest tematem poranka w USA. Jest nim dziwaczne wystąpienie Clinta Eastwooda, który przez ponad 10 minut rozmawiał wczoraj z pustym krzesłem, na którym miał siedzieć prezydent Obama. Dialog z wyimaginowaną postacią został entuzjastycznie przyjęty przez uczestników konwencji, ale wywołał falę drwin i złośliwości w mediach i rozbił doradcom Romneya precyzyjnie skonstruowany plan konwencji. Na pewno nie to było celem sztabowców kandydata GOP - odwrócenie uwagi od kluczowego momentu całej konwencji.

Czytaj więcej o wyborach w USA na naszym Live Blogu >>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny