Układ czysto polityczny, czyli szorstka przyjaźń Billa Clintona i Baracka Obamy

Jak trwoga, to do Billa. Dzisiejsza noc na konwencji Partii Demokratycznej będzie należała do Billa Clintona. To największa gwiazda Partii Demokratycznej - cieszy się sympatią, jego osiągnięcia z czasów w Białym Domu doceniane są przez wszystkich, nawet dawni wrogowie nie pozwalają sobie na zbyt otwartą krytykę byłego prezydenta.
Ponad cztery lata temu Bill Clinton nie szczędził Barackowi Obamie ostrych słów. Prawyborcza walka Hillary Clinton z Obamą o nominację prezydencką Partii Demokratycznej nie wyglądała zbyt pięknie - ostre argumenty padały z obu stron. Gdy w grę włączył się były prezydent Bill Clinton, jego słowa pod adresem Obamy wywoływały w sztabie senatora z Illinois furię. Po sukcesie Obamy w prawyborach w Karoline Południowej Clinton porównał jego kampanię do kampanii Jesse'ego Jacksona z 1984 i 1988 roku - co oznaczało, że stwierdził, że Obama wygrywa tylko dlatego, że jest czarny. Clinton przyrównał postawę Baracka wobec wojny w Iraku do "największej bajki, jaką w życiu słyszał". Clinton twierdził też, że sztab Obamy uznaje go za rasistę.

Po tym, jak Obama zdobył nominację Partii Demokratycznej, jego relacje z Clintonem zaczęły wyglądać poprawnie. Spotkali się raz czy dwa razy, a Clinton wygłosił szczere i dobrze przyjęte przemówienie na konwencji w 2008 roku w Denver. Bill zachował się tak, jak na wytrawnego politycznego gracza i męża stanu przystało - pomógł Obamie w wygraniu wyborów. Wygląda na to, że czeka nas powtórka - bez względu na własne animozje obaj wiedzą, że muszą zachować wspólny front.

Bez względu na to, jak poprawnie ich relacja wyglądała z zewnątrz, i jak mocno zapewniali o wzajemnym szacunku i sympatii, to nie było tajemnicą, że tak naprawdę relacje między nimi pozostały na zawsze bardzo chłodne. Były i obecny prezydent nigdy się nie polubili - po prostu byli inni, mają różny sposób bycia, być może to także kwestia różnicy pokolenia. Jak jednak pisze Ryan Lizza w "New Yorkerze", rok temu, we wrześniu, doszło do czegoś w rodzaju pojednania. Obama zaprosił Clintona na golfa.

Od tego czasu Clinton stał się szczerym i oddanym sojusznikiem Obamy w kampanii. Jeździ na fundraisery (spotkania, które służą zbieraniu pieniędzy), występuje w spotach wyborczych, a dziś wieczorem wystąpi na konwencji w primetime'ie, by zapewnić Amerykanów - a przynajmniej tego się komentatorzy spodziewają - że obecny prezydent ma plan na kolejne cztery lata, i rozumie, że w sferze gospodarczej nie wszystko się jeszcze udało. Co ciekawe, jak pisze "New Yorker", Clinton uczestniczy też w spotkania strategicznych dotyczących kampanii, i doradza Obamie jak najlepiej pokonać Romneya.

Być może właśnie o to chodziło - Bill Clinton czuł się odsunięty, mógł uważać, że jako jedyny demokratyczny prezydent, któremu od bardzo dawna udało się zostać wybranym na kolejną kadencję, przywódca, którego Amerykanie i własna partyjna baza kochają, zasługuje na większą uwagę. Przyzwyczajony do obecności w pierwszym rzędzie, chciał być słuchany i pytany o poradę. Tymczasem nowy prezydent, nie dość, że pozbawił jego żonę nominacji, to jeszcze nie doceniał ani roli, ani zdania byłego dwukrotnego prezydenta. Jak widać, Barack Obama (lub jego sztab) jednak uznali, że Clinton to ktoś, kogo warto mieć w swoim narożniku.

Obama dzięki Clintonowi chce wygrać wybory, a Clinton dzięki zainteresowaniu Obamy może jeszcze bardziej wzmocnić swoją pozycję polityczną. Dla obu ich nowa relacja jest korzystna, chociaż dzielą ich nie tylko pokolenia, ale także realne różnice polityczne.

Teraz jednak to wszystko przestanie mieć na kilka chwil znaczenie. Clinton w swoim przemówieniu będzie chciał pokazać, że po niechęci z dawnych lat nie ma już śladu. Jednocześnie będzie chciał udowodnić, że jego polityczny talent, który zagwarantował mu sukces w wyborach w 1992 i 1996 roku, nadal - nawet na tle polityków młodego pokolenia, no i na tle wczorajszej przemowy Michelle Obamy - jest talentem pierwszego formatu. Dziś "prezydent z Hope" (Clinton urodził się w miasteczku Hope, Arkansas) pokaże, na co go stać. Clinton dobrze czuje się na scenie. Nie ma problemu z atakowaniem przeciwników, potrafi budzić entuzjazm bazy, ma dar czarowania publiczności. Czy jednak uda mu się zapomnieć o sobie i poświęcić całą przemowę obecnemu prezydentowi?

Wystąpienie Clintona będziemy relacjonować na żywo na naszym Live Blogu >>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny