Kraśko: Roger Ailes, szef Fox News - to on może zdecydować o wyniku wyborów w USA

O wyniku wyborów zadecydują de facto wyborcy z sześciu amerykańskich stanów. Wcale nie jest tak, że wszystko jest w rękach Baracka Obamy i Mitta Romneya. Poza nimi jest jeden człowiek, który ma ogromny wpływ na amerykańską politykę i sporą część świata: to szef Fox News, Roger Ailes - pisze dla Gazeta.pl Piotr Kraśko, dawniej korespondent TVP z USA, dziś szef ?Wiadomości?.
Czasem o zwycięstwie w amerykańskich wyborach decydowały genialna strategia, kryzys, bezrobocie, wojna, a czasem kilka dobrych zdań. Zdarzało się, że nawet jedno. Ameryka to kraj, w którym sympatie wyborców są niemal równo podzielone. 47 proc. zawsze popierać będzie Demokratów, 47 proc. Republikanów. Tych, którzy mogą zmienić poglądy, jest zazwyczaj nie więcej niż 6 proc. Wszystko zależy więc od tego, kto ich do siebie przekona i czy "twardy elektorat" w ogóle pójdzie do wyborów.

Milion ludzi zdecyduje

W 2012 roku w kraju, który ma ponad 312 mln obywateli, o tym, kto będzie kolejnym prezydentem, przesądzić może mniej niż milion. Wyborcy z sześciu stanów: Virginii, Florydy, Iowa, Ohio, Nowego Meksyku i Kolorado. We wszystkich pozostałych stanach wynik jest niemal przesądzony. Ten, kto przekona do siebie wyborców z tych sześciu stanów, stanie na czele jedynego na świecie supermocarstwa.

I wcale nie jest tak, że wszystko jest teraz w rękach Baracka Obamy i Mitta Romneya. Oczywiście największym zagrożeniem dla nich mogą być oni sami. Kolejne popełniane na własne życzenie gafy i błędy kandydata Republikanów mogą pogrążyć jego kampanię jeszcze na długo, zanim nadejdzie 6 listopada.

Sztaby, politycy, ale też...

Jednak poza tymi dwoma ludźmi jest jeden człowiek, który ma na amerykańską politykę, a co za tym idzie - także sporą część świata - wpływ większy, niż zazwyczaj o tym myślimy. To Roger Ailes, szef Fox News. Świat o wiele lepiej zna Ruperta Murdocha, prezesa News Corp., właściciela Foxa, ale o tym, jaka jest ta stacja, decyduje właśnie Ailes. CNN może być najsłynniejszą stacją na naszej planecie. Poza Koreą Północną i Kubą oglądany jest praktycznie wszędzie.

Jednak w samej Ameryce jej wpływ jest bez porównania mniejszy. W pierwszej dziesiątce najbardziej oglądanych programów publicystycznych za oceanem od siedmiu do dziewięciu niemal zawsze należy do Foxa. Dochody stacji dochodzą niemal do miliarda dolarów rocznie. Są pory dnia, kiedy jej udziały w rynku są większe niż trzech gigantów - CBC, NBC i ABC.

Program pisze jeden człowiek

W Fox News nie wydarzy się nic, co nie podobałoby się Ailesowi, i nic, na co on by się nie zgodził. Rzecz w tym, że w ciągu ostatniego pół wieku w Ameryce wiele by się nie wydarzyło w ogóle, gdyby nie on. Żeby zrozumieć Fox News, trzeba zrozumieć człowieka, który stoi na jego czele. Po klęsce w wyborach z 1960 r. Richard Nixon mógł iść na polityczną emeryturę. To, że zaledwie osiem lat później polityk, który był absolutnym telewizyjnym antytalentem, został prezydentem, w dużej mierze zawdzięczał Ailesowi. To on był jednym z jego głównych doradców do spraw mediów i on przekonał go, że jeśli nie "nauczy się" telewizji, nigdy do Białego Domu się nie dostanie.

Najważniejszy jest "temat"

Dziś Ronald Reagan może być legendą, ale gdy kandydował w 1980 r., łatwo było atakować gubernatora, który jeszcze nie tak dawno dzielnie przemierzał prerię w kolejnych niezbyt ambitnych westernach. To Ailes był jednym z ludzi, którzy wymyślili całą kampanię "Morning in America". Ailes zawsze powtarzał politykom, dla których pracował, że wyborów nie wygrywa się szczegółami, a "tematami". W 1980 roku naród największych optymistów świata był pogrążony w depresji - benzyna była horrendalnie droga, w Teheranie wciąż przetrzymywano amerykańskich dyplomatów jako zakładników, Chomeini nic sobie nie robił z kolejnych pogróżek Waszyngtonu, Sowieci wydawali się triumfować na wszystkich frontach. Nawet Carter przyznawał, że kraj pogrążył się w czymś na kształt melancholii.

Tak jak 28 lat później Obama bez końca mówił ludziom o zmianie, tak Reagan przekonywał wtedy, że dla Ameryki wstaje nowy, piękny dzień. Był jak lustro, w którym jego rodacy chcieli się zobaczyć, a to, co widzieli, po prostu im się podobało. Pomysł na kampanię należał m.in. właśnie do Ailesa. I był genialny. Przede wszystkim skuteczny. Cztery lata później prezydent był jednym z najstarszych polityków w historii USA walczących o zwycięstwo w wyborach - miał 73 lata. Ailes wiedział, że to może być największy problem.

Szara eminencja

Sukces ma często wielu ojców, ale zazwyczaj to on wskazywany jest jako autor zdań, które wyeliminowały z kampanii "problem wieku kandydata". W czasie debaty Reagan powiedział dwa zdania, które zmieniły bieg wydarzeń: "Zrobię wszystko, by wiek nie stał się tematem tej kampanii. Nie pozwolę, by dla celów politycznych wykorzystywano młodość i niedoświadczenie mojego rywala". Powiedział to tak lekko i z takim wdziękiem, że atakowanie jego nie miało już sensu. Zrozumieli to i kandydat Demokratów Walter Mondale, i przede wszystkim wyborcy. Reagan wygrał w 49 stanach!

To nie był koniec. Ailes pomógł też wygrać wybory Bushowi seniorowi, który w występach telewizyjnych wydawał się jeszcze gorszy niż kiedyś Nixon. Zanim zajął się polityką, Ailes był producentem telewizyjnym i do telewizji wrócił, gdy stwierdził, że polityka go znudziła. Ale za sprawą Fox News może nigdy nie był bardziej wpływowym człowiekiem. Ailes był przekonany, że wielkie stacje telewizyjne, a potem też całodobowe stacje informacyjne - CNN i MSNBC - bardziej sprzyjają Demokratom. Ci, którzy z Foxa odeszli, zapewniają, że na wewnętrznych kolegiach o CBS nie mówi inaczej niż Communist Broadcasting System.

Oglądasz i wiesz

Jego zdaniem media za delikatnie obchodziły się z prezydenturą Billa Clintona, więc oznajmił, że 15 tysięcy dziennikarzy w kraju zachowuje się tak, jakby było jego sekretarzami prasowymi. Doskonale wiedział, że jeśli te stacje bliższe są sympatiom zwolenników Demokratów, to 47 proc. wyborców może dopiero czeka na "swoją telewizję". Po prostu im ją dał. To "po prostu" mógł oczywiście zrobić człowiek, który genialnie znał się na telewizji. Co ciekawe, nawet teraz, gdy Fox zdecydowanie dystansuje CNN w oglądalności, wciąż ma niemal trzykrotnie mniej pracowników i zdecydowanie mniej biur w samej Ameryce i na świecie. Ale Ailes wiedział, że nie to ma być jego siłą. Chciał, by widzowie słyszeli to, co sami myślą.

"Nasi chłopcy"

Chciał ostrych komentarzy i czytelnego podziału świata. Nawet ktoś, kto nie ma pojęcia o amerykańskiej polityce, po pięciu minutach oglądania Fox News nie będzie miał wątpliwości, komu sprzyjać w kolejnych wyborach. W Waszyngtonie krążyły legendy o tym, jak wszechmocny wiceprezydent Dick Chenney uprzedzał swoich asystentów, że jeśli zdarzy mu się wejść do pokoju hotelowego, a w telewizorze będzie inny kanał niż Fox, to mogą szukać nowej pracy. Condoleezza Rice mawiała "nasi wspaniali chłopcy z Foxa".

Katastrofa promu Columbia była jednym z ostatnich wydarzeń, gdy potęga CNN była tak wyraźna. Tylko ta stacja mogła nadawać stamtąd przekaz na żywo. Wszyscy musieli korzystać z jej sygnału. Od niej i z jej logo, a nic rywali nie boli bardziej niż eksponowanie znaku konkurencji. By jeszcze bardziej pokazać swoją dominację, CNN "wpuścił na żywo" swojego korespondenta Milesa O'Briena, który przez chwilę pokazał się więc na wszystkich antenach, także w Fox News. Ale był rok 2003. Od tamtej pory to Fox News stawał się coraz większy.

Jaką stację włączy wyborca?

Ailes zajął połowę kraju. Jeśli ci, którzy głosować będą na Obamę, mogą wybierać pomiędzy CBS, NBC, ABC czy CNN, to Republikanie zawsze włączą Fox News. Jego szef ma też pewnie rację, że nie trzeba wydawać tyle pieniędzy na biura poza główną siedzibą. Wszystko zmienił internet. Kiedyś, żeby "z terenu" nadać materiał - potrzebny był przekaz satelitarny, a to było zawsze horrendalnie drogie. Trzeba było mieć albo swoją placówkę, albo wóz satelitarny, teraz wystarczy dostęp do internetu. Ale pewnie i CNN, i Fox News bardziej niż siebie nawzajem boją się właśnie internetu.

W 2004 r. tylko 13 proc. wyborców o biegu kampanii dowiadywało się z internetu, cztery lata później to już 24 proc. Wpływ telewizji na poglądy wyborców będzie coraz mniejszy. A to byłaby dobra wiadomość dla Obamy i Demokratów, bo w sieci to oni rządzą. Sztab prezydenta tweetuje średnio 29 razy dziennie, sztab Romneya - raz. Jeśli tak jak niegdyś Ronald Reagan teraz i Mitt Romney będzie miał jednak "swój poranek w Ameryce", to w dużej mierze znów dzięki Ailesowi. Polityka aż tak go chyba jednak nie znudziła.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM