Wulgarne filmiki w sieci, wyzwiska od "dziwek" - cyberstalking trwał aż 6 lat

Zaczęło się od irytujących SMS-ów od zawiedzionego amanta. Na koniec cyberstalker, podszywając się pod jej numer telefonu, wysyłał jej znajomym wiadomości, w których zachęcał do gwałtu, a w internecie zaroiło się od jej przerobionych zdjęć i nagrań z najgorszymi obelgami. W końcu Carla Franklin podjęła walkę z wirtualnym prześladowcą. Jej historię opisał "Daily Beast".
Shona Mossa poznała w 2005 roku, niedługo po tym jak przeprowadziła się do Philadelphii. - Byliśmy na kilku randkach, ale szybko zorientowałam się, że nic z tego nie będzie. Otwarcie mu to powiedziałam. Spotkaliśmy się potem jeszcze na imprezach u znajomych, ale nigdy nie byliśmy parą. - opowiada Carla Franklin "Daily Beast". Rok później dostała się na program MBA i przeprowadziła się Nowego Jorku. Nie utrzymywała kontaktu ze znajomymi z Philadelphii, ale od Shona sporadycznie otrzymywała irytujące, raz złośliwe, raz prowokujące, SMS-y, później też maile. Zaczęły przychodzić całymi falami. Postanowiła je ignorować, uznała, że są nieszkodliwe. Myślała, że mu się znudzi.

Maile i erotyczne zdjęcia

Po studiach wyjechała na stypendium do Afryki, gdzie zaczęła dostawać dziwne maile od znajomych. Na pierwszym był jej nauczyciel w samej bieliźnie i sombrero. Gdy próbowała ustalić, o co chodzi, okazało się, że ktoś rozsyła prowokujące SMS-y z jej dawnego numeru telefonu. Zaczęły przychodzić kolejne maile. Ich nadawcy twierdzili, że dostali od Franklin wulgarne SMS-y otwarcie zachęcające do seksualnych zabaw, w innych miała proponować im odegranie gwałtu.

Filmiki na YouTube i wyzywanie od "dziwek"

Gdy w 2009 roku wróciła do Stanów, jej prześladowca zaczął niespodziewanie spotykać ją w różnych miejscach, nieproszony pojawiać się na imprezach u wspólnych znajomych, obsesyjnie wypytywał o nią, przekonując, że przecież byli w poważnym związku. Wtedy Franklin zaczęła podejrzewać, że te wszystkie wydarzenia mogą być kawałkami tej samej układanki. Jednak dopiero gdy zobaczyła w sieci filmik z jej zdjęciami, w którym wyzywano ją od "dziwek", zrozumiała, że musi zacząć działać.

W 2010 roku wynajęła adwokata i wniosła sprawę do sądu o ujawnienie adresu IP, z którego rozsyłane były wiadomości. Następnego dnia jej historię opisywały już tabloidy. Nagłówki w stylu "Bystra ex-modelka pozywa Google" sprawiły, że błyskawicznie straciła posadę na Wall Street. Wielu znajomych uznało, że przesadza, poparli ją tylko najwierniejsi przyjaciele.



Nie ma śladów na ciele, nie ma przestępstwa?

Udało się jej uzyskać sądowy nakaz, by Google ujawnił IP stalkera. Potrzebowała kolejnego nakazu, by ustalić fizyczny adres jego właściciela. Sąd i w tej sprawie wydał nakaz. W trakcie dochodzenia dowiedziała się, że nie tylko ona składała skargi na Shona. Jej prześladowca dręczył też inne kobiety.

- Przez cały ten czas prawnicy powtarzali mi, że nikt się nie zna na stalkingu w internecie, a sędziowie przekonywali, że marnuję czas. Usłyszałam nawet, że skoro nie mam fizycznych obrażeń, to nie ma się czym zajmować - opowiada Franklin "Daily Beast".

To go tylko sprowokuje?

W zeszłym miesiącu Carla Franklin wreszcie wniosła sprawę do sądu, oskarżając Shona o stalking, prześladowanie, podszywanie się pod nią oraz zniesławienie. - Ludzie pytają mnie, czy nie obawiam się, że to go tylko dodatkowo sprowokuje. Ale ja już nie zamierzam dłużej żyć w strachu. Muszę go powstrzymać, żeby nie mógł już skrzywdzić ani mnie, ani innych kobiet i żeby ludziom uświadomić, że prześladowanie w internecie to też przestępstwo - argumentuje Franklin.

DOSTĘP PREMIUM