Rumuńskie "Pokłosie"? Reżyser i jedyny ocalały z piekła Odessy walczą o pamięć

Rumuni muszą przeprosić za zbrodnie na Żydach w Odessie - to reżyser Florin Iepan uznał za swoją misję. Wroga reakcja, jaką wywołał swoim filmem "Odessa", przypomina tę na "Pokłosie". Ale jest mocniejsza.
Dobrze by było, gdyby nazwa "Odessa" stała się kiedyś dla Rumunów symbolem - opowiada reżyser Florin Iepan. Lecz nie symbolem znanego portu nad Morzem Czarnym, a jednego z najczarniejszych rozdziałów w historii ich kraju. - Dopiero gdy ta nazwa zakorzeni się w sumieniu społeczeństwa, to będzie koniec mojej misji - mówi Iepan.

Podczas II wojny światowej stacjonująca w Odessie rumuńska armia dokonała tam zbrodni. 22 października 1941 roku rozstrzelano ponad 5 tys. Żydów. Dzień później 19 tys. Żydów spędzono do magazynów pod miastem i tam żywcem spalono. Tych, którzy próbowali uciekać, żołnierze dobijali granatami i strzałami z karabinów. Zbrodnia w Odessie była akcją odwetową za atak sowieckich partyzantów na główną kwaterę rumuńskiego wojska w tym mieście. Rozkaz dokonania zbrodni wydał osobiście ówczesny rumuński przywódca Ion Antonescu.

Elity unikają rozmów o Holocauście

Florin Iepan, reżyser z Timiszoary w zachodniej Rumunii, swój dokument nt. tej zbrodni nazwał po prostu "Odessa". Film dokumentuje kampanię polityczną, którą reżyser prowadzi od trzech lat: konfrontuje przedstawicieli elit z prowokacyjnymi tezami i pytaniami nt. zbrodni dokonanych podczas wojny przez rumuńską armię. Zbrodni, o których w tym kraju wciąż się milczy.

Reżyser pyta i filmuje reakcje. Zaczepia polityków w miejscach publicznych, intelektualistów nachodzi w domowych pieleszach, podczas wystaw czy przyjęć zadaje im niewygodne pytania, porusza też temat w programach radiowych i telewizyjnych.

Z tego wszystkie powstał prawie półtoragodzinny film, który Iepan chce pokazywać na imprezach i festiwalach w Rumunii. Podczas projekcji rejestruje reakcje publiczności i z tych nagrań powstaną kolejne filmy. Godzinną wersję dla zagranicznych odbiorców ma na początku przyszłego roku puścić stacja telewizyjna Mitteldeutscher Rundfunk w swoim cyklu "Wyjątkowe dokumenty". Projekt Iepana powstaje właśnie dzięki wsparciu m.in. MDR i Heskiej Fundacji Filmowej.

Film pokazuje to, w jaki sposób rumuńskie elity unikają rozmawiania o masakrze w Odessie, Holocauście czy w ogóle Żydach w swoim kraju.



Najbardziej przykry moment to ten, w którym Iepan występuje wraz z jedynym ocalałym z odeskiej masakry, teraz już 87-letnim Michailem Saslawskim. Poznał go podczas zbierania dokumentacji na ten temat, a potem zaprosił do Bukaresztu - dzięki pomocy niemieckiej Fundacji Friedricha Eberta.

Saslawski jest jedyną osobą, której 23 października 1941 roku udało się uciec z pododeskich magazynów. Miał 16 lat i w stracił w tym piekle rodziców, trzy siostry i brata. Po wojnie przez 35 lat pracował w walcowni w Odessie, żył w skromnych warunkach.

Rumuńskie zbrodnie to niemal tabu

Saslawski przyjechał po raz pierwszy do Bukaresztu w październiku zeszłego roku - z powodu 70. rocznicy zbrodni w Odessie, z nadzieją, że będzie mógł publicznie opowiedzieć swoją historię. Niemal wszędzie zderzył się z obojętnością. Iepan przedstawił to w filmie w sposób wstrząsający: widać, jak były prezydent Rumunii Emil Constantinescu wzbrania się podczas przyjęcia przed podaniem Saslawskiemu ręki.

Constantinescu w dodatku promuje się jako pierwsza głowa państwa rumuńskiego, która publicznie przeprosiła za zbrodnie wobec rumuńskich Żydów.

To nie koniec: podczas pobytu Saslawskiego w Rumunii telewizje odwołują jego wystąpienia, a na wcześniej zapowiedzianą konferencję prasową z udziałem gościa przychodzą naraz... trzy osoby.

- Zbrodnie rumuńskiej armii w czasie II wojny wciąż są tu niemal tematem tabu - wyjaśnia historyk i badacz Holocaustu Lucian Nastasa z Uniwersytetu w Klużu. Jego kolega, publicysta Victor Eskenazy, który obecnie mieszka we Frankfurcie nad Menem, idzie w swojej ocenie jeszcze dalej: - Od czasu, gdy Rumunia weszła do NATO i UE, jej politycy wracają do swoich starych tradycji, postaw i przekonań. Wróciła koniunktura na kłamstwo oświęcimskie.

Honory dla zbrodniarza wojennego

Także Iepan długo nie wiedział prawie nic o Holocauście w Rumunii, a dyktator Antonescu kojarzył mu się dobrze. Dziś sam to przyznaje. Na pomysł projektu "Odessa" reżyser wpadł w dziwny i przypadkowy sposób, poniekąd właśnie dzięki postaci Antonescu.

W 2006 roku widzowie programu "Wielka Rumunia" publicznej TVR wybierali dziesięć naważniejszych rumuńskich postaci historycznych. Gdy okazało się, że na listę nominowanych trafił i Antonescu - a redakcja nie miała co do tego żadnych zastrzeżeń - Iepan dostał od TVR zlecenie zrobienia krótkiego filmu o dyktatorze.

Podczas researchu Iepan trafił po raz pierwszy na szczegóły nt. zbrodni, za które odpowiada Antonescu. Również - nt. mordu na Żydach w Odessie. Dowiedział się m.in., że pod przywództwem Antonescu Rumunia była jedynym państwem poza III Rzeszą, które uruchomiło własną machinę zagłady Żydów. Zginęło przez to ok. 300 tys. Żydów, a Antonescu został po wojnie uznany za zbrodniarza wojennego, osądzony i stracony.

Choć film nakręcony przez Iepana to zdecydowanie negatywny portret dyktatora, jednak po jego obejrzeniu widzowie i tak przyznali Antonescu szóste miejsce w rankingu najważniejszych postaci w rumuńskiej historii. Reżyser był tym mocno zaskoczony, dlatego nie porzucił tematu. Najpier zamierzał nakręcić zwykły dokument nt. zbrodni w Odessie, ale później zmienił plan.

- Dotarło do mnie, że w rumuńskim społeczeństwie jest za małe zapotrzebowanie na taki film. Wylądowałbym z nim potem w czasie najgorszej oglądalności, gdzieś koło północy, film nie zdobyłby żadnego rozgłosu. Dlatego uznałem, że stanę po drugiej stronie kamery - mówi.

Wieczne czekanie na żal

Dziś, trzy lata po starcie projektu, Iepan prezentuje przykry bilans: w niektórych mediach ukazały się, co prawda, materiały nt. filmu i samej zbrodni w Odessie, jednak najczęstsza i generalna reakcja, z jaką spotkał się reżyser, to obojętność czy nawet wrogość.

Ale Iepan obstaje przy swoim: - Chcę tak długo przypominać historię Michaila Saslawskiego, aż głowa naszego państwa pojedzie do Odessy, poda mu rękę i w imieniu naszego narodu poprosi o przebaczenie.

Ale 87-letni Saslawski nie wierzy, że tego dożyje. - W Rumunii próbuje się ukryć pytania o Holocaust - tak opowiada o swoich wrażeniach z zeszłorocznej podróży do Bukaresztu. - Gdy tam byłem, powiedzieli mi, jakby mimochodem, że rumuński prezydent już raz przeprosił Żydów. To zabolało.

Tekst pochodzi z serwisu Deutsche Welle.



DOSTĘP PREMIUM