Grypa przyczyną 7,3 proc. wszystkich zgonów w USA. To oznacza epidemię

Tylu zachorowań na grypę nie było w USA od lat. Można mówić już o epidemii, w wyniku której zmarło 18 dzieci. Według specjalistów grypa przyszła w tym roku szybko, bo jeszcze przed świętami. Amerykanie rozwieźli ją następnie po kraju.
Według danych Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (CDC) 7,3 proc. wszystkich zgonów w USA w minionym tygodniu spowodowanych było zachorowaniami na grypę. O 0,1 przekroczony został wskaźnik, od którego można już mówić o epidemii.

Najbardziej zagrożone są stany południowe i południowo-wschodnie: Alabama, Louisiana, Mississippi, Tennessee i Teksas, ale z grypą walczy już 41 stanów. Choroba atakuje także stany północne. W Minnesocie zmarły już z tego powodu 23 osoby, w Pensylwanii 22, w Massachusetts osiem, a w Illinois sześć. W samym Nowym Jorku na grypę zmarło dziewięć domowych pielęgniarek - informuje portal USAToday.

Specjaliści twierdzą, że grypa zaatakowała w tym roku bardzo wcześnie i z dużą siłą. Pod koniec grudnia choroba była już silnie obecna w 41 stanach, tydzień wcześniej w zaledwie dziesięciu. Uważa się, że Amerykanie, którzy zachorowali przed świętami, rozjechali się z grypą po kraju, odwiedzając i przy okazji zarażając bliskich.

Według portalu Informacjeusa.com "do tej pory z poważnymi objawami chorobowymi hospitalizowanych zostało ponad 2 200 osób". "W wielu dużych miastach kliniki i przychodnie lekarskie przeżywają prawdziwe oblężenie chorych. Władze Bostonu, gdzie na liczba zachorowań jest już 10-krotnie wyższa niż w całym ubiegłorocznym sezonie, postawiły służby medyczne w stan najwyższej gotowości. W Illinois w 24 szpitalach pacjenci zostali odesłani do domów, bo zabrakło dla nich miejsc" - czytamy na portalu.

DOSTĘP PREMIUM