Imperium na kacu. Książka "Gogol w czasach Google" [FRAGMENTY]

Ciężko kochać Rosję Putina. Przeżarty korupcją, pijany kraj, którego obywatele boją się swoich policjantów i żołnierzy. Że wezmą łapówkę, zgwałcą, pobiją, pijani będą strzelać w knajpie. Kraj, w którym matki, oddając swoich synów do wojska, boją się o ich życie. Lub latami szukają ciał swoich dzieci w upiornych wagonach z trupami na bocznicy towarowej.
- Rosja w książce Wacława Radziwinowicza jest piękna i straszna. Kraj, w którym bizantyjskie bogactwo nielicznych zderza się z nędzą milionów - pisze Wiktor Jerofiejew o wydanej właśnie książce "Gogol w czasach Google" reportera "Gazety Wyborczej".

Jak nie bać się armii, w której co roku nie z rąk wroga, a z rąk kolegów, od chorób i w wyniku samobójstw ginie kilkuset żołnierzy, a tysiące decydują się na dezercje?

Jak kochać kraj, którego stolicę umieszczono kiedyś na krótkiej liście najbardziej chamskich miast świata, gdzie ekspedientki na "dzień dobry" zdumione prychają "czego"? Którego statystyczny mieszkaniec wypija dziennie ćwierć litra wódki?

Bogiem tego kraju był (i jest) prezydent. Mistrz judo, sambo, płetwonurek, pilot, który własnymi rękami gasi pożar wokół Moskwy, cudotwórca spełniający marzenia małych dziewczynek. "Portret Putina w dyrektorskim gabinecie. - Dzieci, to jest Putin, spójrzcie, dzieci" - kpi antyputinowski raper Wasia Obłomow w żartobliwym liście do prezydenta RF.



Bo jest i druga Rosja. Wspaniałej literatury, cudownych filmów. Rosja normalnych, prawych, ciepłych, dowcipnych ludzi. Jak ci, którzy wsłuchując się w coraz bardziej bełkotliwe przemówienia Breżniewa, czekali, "kiedy przywódca dojdzie do nieuniknionej pułapki słów "socjalisticzeskije strany" (kraje socjalistyczne), co w jego ustach zawsze brzmiało jak "sosiski sranyje" (zasrane parówki)".

Wacław Radziwinowicz, dziennikarz "Gazety Wyborczej" obserwuje, opisuje Rosję i mieszka w niej od niemal 15 lat. "Gogol w czasach Google'', to przede wszystkim wyśmienite reportaże z tego okresu, ale nie tylko.

"Smakujemy Rosję, rozpoznajemy jej zapach i dźwięk: kraj o tragicznej przeszłości, trudnej i złożonej teraźniejszości, niepewnej przyszłości. I taka ona jest - Rosja, dziwny kraj ludzi okrutnych i podłych, ludzi szlachetnych i genialnych, ludzi dobrych. Kraj pełen zagadek" - pisze w przedmowie do książki redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik.

W wersji elektronicznej książkę można kupić TUTAJ.

"GOGOL W CZASACH GOOGLE" [FRAGMENTY]

Poniżej dwa fragmenty książki: reportaż którego nie sposób zapomnieć - o tym, jak Rosja traktowała swoich młodych żołnierzy poległych w wojnie czeczeńskiej i ich matki, oraz zaskakujący tekst o Dymitrze Mendelejewie, który próbował uczyć Rosjan, jak należy pić wódkę.

ESZELON nieznanego żołnierza

Tamta czeczeńska wojna po stronie "winien" ma wciąż 268 nierozpoznanych ciał. Ta wojna do upiornych wagonów na bocznicy towarowej w Rostowie nad Donem już dorzuca swoich żołnierzy.

Tamta wojna - jak obiecywali rosyjscy generałowie - miała "obejść się małą krwią" i skończyć błyskawicznie. Pułki pancerne wezmą Grozny z marszu, robiąc miły upominek ministrowi obrony Pawłowi Graczowowi, który akurat w noc szturmu, pierwszą noc 1995 roku, opijał z dzielnymi generałami swe 47. urodziny.

"Gruz 200"

Urodzinowy podarek się nie udał. W spalonych na ulicach miasta czołgach zostało to, na co Rosjanie, zniżając w zabobonnym lęku głos, mówią "gruz 200", czyli przysłane z pola walki ciało poległego żołnierza.

"Czarne tulipany", bo tak żołnierze nazwali helikoptery obciążone "gruzem 200", zaczęły zwozić z Czeczenii do Rostowa nad Donem, gdzie mieści się szpital Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego, setki ciał. I okazało się, że Rosja nie ma miejsca dla swoich poległych.

Wtedy na najdalszej bocznicy stacji towarowej Rostów stanął eszelon widmo złożony najpierw z kilku wagonów-chłodni. Donikąd nie jechał. Stał i stoi otoczony ciszą i tumanem trupiego odoru. Co jakiś czas dołączano do niego następny wagon i na czterech piętrach metalowych stelaży ciągnących się wzdłuż ścian układano ciała kolejnych i kolejnych nieznanych żołnierzy.

Z tamtej wojny do wagonów-chłodni na rostowskiej bocznicy przywieziono tysiąc trupów. 268 z nich nie udało się zidentyfikować.

Co jest ciałem?

- Co dla nas jest ciałem? - zastanawia się major Aleksander Tichonow, zastępca szefa wojskowego Laboratorium Identyfikacji Medyczno-Kryminalistycznej w Rostowie. - To tak samo zwłoki chłopca "czysto" zastrzelonego snajperską kulą w serce, jak i grudki zwęglonego mięsa, które zostały z kierowcy spalonego czołgu.

Tu, na południu Rosji, latem zazwyczaj są straszne upały. A kostnica na torach co jakiś czas odcinana jest od prądu. Wagony się rozmrażają, ciała zmieniają się - jak mówią ludzie z ich obsługi - w kisiel. Potem prąd się pojawia i znowu zamarzają. Potem znowu kisiel. I znowu zamarzają.

Graczow na początku tamtej wojny zapewniał dziennikarzy, że jego chłopcy "z uśmiechem idą na śmierć". Ci, którzy od lat leżą w wagonach, przez te skoki temperatury zmienili się w mumie i rzeczywiście szczerzą zęby w upiornym uśmiechu. A zęby mają piękne - białe, równe, bez ubytków. Widać, że byli młodzi, że służyli w oddziałach specjalnego przeznaczenia, gdzie biorą tylko najzdrowszych.

Odcisk stopy

Ludzkie kształty i zęby zachowali jednak tylko ci "czysto" zabici, choćby przez snajperów. - Dwa lata temu przyjechała do nas matka poległego w czasie szturmu na Grozny czołgisty. Upierała się, żeby wpuścić ją do wagonów. Że ona na pewno rozpozna swojego chłopca. On w młodości złamał rękę, lekarze wstawili mu metalowe śruby. Jak wytłumaczyć kobiecie, że w płonącym czołgu temperatura taka, że metal się topi i po śrubach w kości śladu nie zostało? - opowiada Aleksander Linienko z zajmującego się rozpoznawaniem poległych rostowskiego laboratorium.

Akurat to ciało udało się w końcu zidentyfikować i oddać matce. Część zwęglonego korpusu i stopy w butach. - Nie wiem dlaczego, ale nasze buty wojskowe są wyjątkowo odporne na wysoką temperaturę. Tego żołnierza rozpoznaliśmy po odciskach linii papilarnych stopy. Porównaliśmy je ze stopą siostry i okazały się identyczne - dodaje Linienko.

Wcale nie jest tak, że bez problemu można rozpoznać ciała tych, którzy nie spłonęli w czołgach, nie zostali rozerwani na strzępy wybuchami. Żołnierze w Czeczenii szli na pierwszą linię bez żetonów identyfikacyjnych. Dowódcy formowali oddziały naprędce - z tych, których mieli pod ręką. Bywało tak, że chłopcy ruszający do walki w jednym czołgu nic o sobie nawzajem nie wiedzieli, nie znali nawet imion swych towarzyszy.

Ile uniesie żołnierz?

19-letni Wołodia z Niżnego Nowogrodu, kiedy 21 stycznia 1995 roku w górach rozstrzelali go Czeczeni, na podszewce kieszeni mundurowej kurtki miał wypisany swój numer identyfikacyjny. Oficer z jego jednostki, który natrafił na ciało, odciął kieszenie, wyrzucił je, a zabitego zostawił tam, gdzie go znalazł.

Matce Wołodii jeszcze w kwietniu wmawiali, że z synem wszystko w porządku. "Zdrowy, walczy". Potem twierdzili, że przeszedł na stronę wroga, uprowadzając ze sobą bojowy wóz zwiadu z pełnym uzbrojeniem. Nie wierzyła. Pojechała najpierw do Czeczenii. Znalazła komendanta czeczeńskiego oddziału, który rozstrzelał jej syna. Dowiedziała się, jak było naprawdę.

Potem do Rostowa. Wtedy na bocznicy stało już 17 wagonów. Sprawdzała je po kolei. Wspinała się na górne półki i latarką (akurat nie było prądu) świeciła w twarze setkom trupów.

Znalazła swojego. Zabrała do domu, godnie pochowała. A potem postawiła przed sądem dowódców jednostki swego syna, którzy ją oszukali. Wygrała 75 tys. rubli odszkodowania (pieniędzy do dziś nie dostała) od ministerstwa obrony. Ale ona chciała, żeby odpowiadało nie ministerstwo, ale ci, którzy na konto poległego ukradli wóz pancerny i pewnie sprzedali przeciwnikowi. Wmówili jej, że ci ludzie odeszli z armii i nikt nie jest już w stanie niczego ustalić.

Nie na tym jednym "zaginionym bez wieści" żołnierzu dowódcy próbowali zrobić interes.

Za Saszą z Niżnego Nowogrodu, który służył w elitarnej dywizji im. Dzierżyńskiego, prokuratorzy wojskowi rozesłali listy gończe już po tym, jak matka znalazła mogiłę rozstrzelanego przez Czeczenów syna. Sama wygrzebała z ziemi zwłoki. Przywiozła je do Rostowa na identyfikację. Zabrała do siebie, pochowała. I wtedy na słupach ogłoszeniowych w Niżnym Nowogrodzie pojawiły się komunikaty o tym, że Sasza jest poszukiwany za "dezercję z bronią w ręku".

Zarzucali mu, że uciekając z jednostki, zabrał ze sobą siedem samych tylko automatów. Do tego granatniki, magazynki, skrzynki granatów. Eksperci podliczyli, że to wszystko, co chłopak niby uniósł, ważyło w sumie ponad pół tony.

A Sasza, jak na piśmie potwierdzili matce Czeczeni, bez broni, w samych tylko majtkach i butach został porwany w krzakach, do których pobiegł nękany dezynterią. Zabili go strzałem w potylicę, bo był słaby i nie doszedłby z nimi do bazy w górach.

Zaginione armie

- To, co robimy, jest wbrew tradycji naszego wojska, które w lasach, bagnach traciło całe armie i nikogo nie próbowało potem szukać, rozpoznawać - przyznaje major Tichonow z rostowskiego laboratorium. - Do dziś nie możemy się doliczyć miliona zaginionych bez wieści żołnierzy wielkiej ojczyźnianej. Ale pierwsza czeczeńska była inna. Na miejsce walk docierały matki, uparcie szukały poległych synów. Domagały się, by oddać im ciała, żeby mogły je choć po chrześcijańsku pochować.

Jeszcze dziś generałowie i politycy rosyjscy, tacy jak chociażby Władimir Żyrinowski, krzyczą, że poległych na czeczeńskiej wojnie, których nie udało się zidentyfikować, trzeba zakopać we wspólnej mogile. Uroczysty pogrzeb. Trzy salwy nad otwartym grobem. Wieczna sława! Ojczyzna nie zapomni!

Mieszkańcy Rostowa też chcą, by widmowy eszelon z nieznanymi żołnierzami zniknął z ich miasta. Mają dość trupiego odoru, który wiatr czasem przynosi do domów, na ulice. Z trwogą opowiadają, że wokół setek niepogrzebanych ciał kumuluje się "zła energia", która w końcu sprowadzi na nich jakieś okropne nieszczęście.

Matki żołnierzy, które połączyły się w największej w Rosji organizacji społecznej, nie chcą słyszeć o żadnej wspólnej mogile. Nie po to szukały po Groznym i po górach poszarpanych przez psy, podziobanych przez ptaki ciał, nie po to z bezimiennych grobów wygrzebywały przegniłe trupy.

Pracownicy rostowskiego laboratorium nie wytrzymują makabry zapełnionych trupami wagonów. Jeden z ekspertów się powiesił. Poborowi, którym przyszło tu służyć, jak sami mówią, piją na umór. Oficerowie, którzy od lat dostają tylko część swego wynoszącego dziś około 1,5 tys. rubli (60 dol.) żołdu, skarżą się, że zabija ich wieczny stres.

Tylko matki zaginionych żołnierzy są w stanie znieść tę zgrozę. Przechodziły przez wagony, skrupulatnie przeglądały ciało za ciałem. W plastikowych workach tramwajem, bo laboratorium długie lata nie miało samochodu, przewoziły z bocznicy szczątki do analizy do pracowni w centrum Rostowa.

Pierwszy ulitował się nad nimi gen. Aleksander Lebiedź. Kiedy tu przyjechał, obejrzał wagony, pracownie, wyjął z kieszeni pieniądze, kazał kupić komputer, żeby w nim można było prowadzić kartotekę ciał, przechowywać ich zdjęcia.

Następny komputer i kamerę wideo kupił gen. Borys Gromow, weteran wojny w Afganistanie.

Filmy grozy

Dary generałów wybawiły matki od golgoty wagonów. Zamiast krążyć po półkach z latarkami w dłoniach, siedzą w salce laboratorium i przeglądają kasety nagrane w czasie oględzin zwłok.

Kamera dokładnie, centymetr po centymetrze, pokazuje całe ciało zabitego. Zatrzymuje się na szramach, bliznach. Dużo może powiedzieć tatuaż.

Szczególnie dokładnie filmowane są dłonie. Po kształcie palców, paznokci wiele matek rozpoznało swoich synów.

Dokonujący oględzin ciał starannie rejestrują też stan uzębienia. Żołnierz przed kamerą obraca przegniły czerep, pokazując górną szczękę, potem dolną, jeśli się zachowała.

Matki patrzą w ekran jak skamieniałe. Niektóre zasłaniają usta dłońmi. Ale nie krzyczą, nie szlochają. Są takie, które nie mogą oderwać się od telewizora. Od rana do wieczora przeglądają kasetę za kasetą. 268 trupów. Wiele z nich spalonych, rozerwanych eksplozjami, zmiażdżonych.

Kiedy jakaś kobieta wskazuje na ciało, które czymś przypomina jej syna, pracownicy laboratorium zaczynają procedurę identyfikacji. Porównują odciski linii papilarnych dłoni albo stopy zabitego z odciskami jego najbliższych. Jeśli przechowały się zdjęcia rentgenowskie klatki piersiowej czy głowy poszukiwanego chłopaka, porównują je z rentgenem trupa.

Jest tu też pracownia, w której na wprowadzony do komputera wizerunek czaszki nakładają elementy twarzy. A potem porównują ten wizerunek ze zdjęciem żywego żołnierza przywiezionym przez matkę. Tu na półkach jeden przy drugim stoją czerepy. Przestrzelone, rozbite odłamkami, uderzeniami karabinowych kolb.

A obok zdjęcia uśmiechniętych zuchów. Dziarsko uniesione do góry twarze, rozpięte kurtki komandosów odsłaniają pasiaste wojskowe podkoszulki. Odważni, bojowi, kandydaci na bohaterów. Tak naprawdę - jeszcze dzieci.

- 18, 19 - odpowiada na moje pytanie, ile oni w chwili śmierci mogli mieć lat, prof. Siergiej Abramow z Sankt Petersburga. Kiedyś identyfikował czaszki rodziny cara Mikołaja II, a dziś zajmuje się ofiarami wojny. - Niech pan przyjrzy się tym, którym kule nie rozbiły szczęk. Jakie młode, zdrowe zęby.

Maszynka do armatniego mięsa

Ludzie pracujący w rostowskim laboratorium znają metody, za pomocą których szybko mogliby zidentyfikować wszystkie nierozpoznane jeszcze zwłoki. Analiza DNA wydobytego choćby kawałka kości i porównanie go z DNA rodziców czy rodzeństwa daje absolutną pewność co do tego, czy poległy jest zaginionym poszukiwanym przez rodzinę.

Igor Kornijenko i jego współpracownicy zajmują się tu takimi analizami. Na pył mielą w specjalnych młynkach (do niedawna robili to najpierw maszynkami do mięsa, a potem młynkami do kawy) kawałki kości poległych, potem przemywają proszek w odczynnikach, żeby wydobyć DNA do analiz.

Procedura żmudna i mało efektywna. - Nie mamy odpowiedniego sprzętu, dlatego każda analiza pochłania mnóstwo czasu i pracy. Poza tym ta metoda, którą dziś jesteśmy w stanie zastosować, daje wyniki tylko wtedy, kiedy DNA zabitego możemy porównać z DNA i matki, i ojca. A 65 proc. służących w naszej armii chłopców to synowie samotnych kobiet - mówi Kornijenko i dodaje: - Potrzebna jest nam aparatura do tak zwanej sekwencyjnej analizy DNA. Gdybyśmy mieli sprzęt, szybko moglibyśmy zrobić genetyczny bank danych nierozpoznanych ciał i wciąż poszukujących zaginionych żołnierzy matek. Porównalibyśmy jedno z drugim. I cała ta makabra z kostnicą na bocznicy skończyłaby się od razu.

Nie dla nich kostnica

W budżecie na zeszły rok znalazły się pieniądze na sprzęt dla laboratorium w Rostowie. Rząd nękany oskarżeniami o to, że na remont Kremla idą setki milionów dolarów, że ogromne sumy Rosja wydaje na identyfikację szczątków carskiej rodziny, a matki przez lata nie mogą znaleźć ciał synów, przyznał w końcu fundusze.

I jak zawsze, kiedy w Rosji pojawia się gotówka, zaczęła się dzika walka o pieniądze. Domagało się ich i ministerstwo obrony, i ministerstwo zdrowia, i jakieś instytuty naukowe.

W końcu fundusze trafiły do działającej w Rostowie Wojennej Spółki Memorialnej, która ponoć nawet złożyła zamówienie na aparaturę do analizy DNA. Sprzęt do laboratorium jednak nie dotarł. A Wojenna Spółka Memorialna zbudowała sobie na terenie rostowskiego szpitala wojskowego wielki dom pogrzebowy z ogromną kostnicą.

W laboratorium dalej więc mielą na proszek kości ofiar tamtej wojny, a nierozpoznane ciała ofiar pakują znowu do wagonów-chłodni na bocznicy towarowej. Nowa kostnica bowiem poległych do swych lodówek nie przyjmuje.

Co oni mi pokazali?

Ta wojna - znów obiecują generałowie - ma się "obyć małą krwią". Do soboty, kiedy byłem w laboratorium, do Rostowa przyleciało ponad 200 "gruzów 200". W niedzielę rano - kolejnych 12, choć dowództwo nie przyznało się do tego, że w sobotę wojska rosyjskie poniosły jakiekolwiek straty.

Od początku tej wojny z Czeczenii do Rostowa trafiają tylko żołnierze jednostek podległych ministerstwu obrony. Ministerstwo spraw wewnętrznych swoich poległych tu nie przysyła, a jego służby medyczne pytane, co się dzieje z ciałami, twierdzą, że 120 swoich zabitych przewiozły "do innych kostnic".

Ta wojna - jak twierdzą w laboratorium - jest prowadzona "czyściej" niż tamta. Wtedy trafiało tu mnóstwo ciał spalonych w czołgach, rozerwanych na strzępy pociskami. Dziś więcej jest zabitych przez snajperów, pokiereszowanych minami przeciwpiechotnymi.

Żołnierze znowu jednak idą do walki bez żetonów identyfikacyjnych, przed odjazdem do Czeczenii nie zostawiają swoich odcisków palców czy próbek krwi. I kiedy - co zdarza się rzadziej niż w tamtą wojnę, ale jednak się zdarza - giną w płonących maszynach, znowu zaczyna się ta sama makabra.

Na korytarzu rostowskiego laboratorium podszedłem do kobiety i mężczyzny, którzy przyjechali rozpoznać swoje dziecko. Pracownicy przestrzegali, żeby nikomu tu nie zadawać pytań, nie narzucać się. Stanąłem więc obok. Oni siedzieli bez ruchu, bez słowa. W końcu kobieta, patrząc w ścianę przed sobą, wyszeptała, czy to do siebie, czy do mnie: - Oddałam im ślicznego, zdrowego chłopaka. A co oni mi pokazali na tym telewizorze? Nie wierzę.

6.11.1999

DYMITR Mendelejew wynalazł też wódkę

Dziś wielki rosyjski uczony skończyłby 172 lata. Był wielki nie tylko dzięki temu, że stworzył okresową tablicę pierwiastków chemicznych, za pomocą której nauczycielki pastwią się nad uczniami.

To właśnie on jako pierwszy zauważył, że zmieszawszy ze sobą litr wody i litr spirytusu otrzymujemy nie dwa litry, lecz nieco mniej roztworu, bo spirytus kurczy się w kontakcie z wodą. Temu odkryciu Mendelejew poświęcił swą napisaną w wieku 32 lat pracę doktorską, którą zatytułował "Rozważania o łączeniu spirytusu z wodą".

Na tym nie poprzestał. Długo szukał formuły wódki idealnej. Doceniając jego doświadczenie, dwór carski postawił Mendelejewa na czele komisji państwowej pracującej nad idealnym mocnym trunkiem. Uczony nie zawiódł. W roku 1884 otrzymał oficjalny patent na trunek nazwany Moskiewska Specjalna, który stał się wzorcem rosyjskiej wódki.

Obowiązująca do dziś receptura Mendelejewa mówi, że wódka to mieszanina spirytusu żytniego z surową miękką wodą, o mocy koniecznie 40 proc. Litr takiego wzorcowego płynu w temperaturze 15 st. Celsjusza powinien ważyć 953 gramy.

Wynalazca wódki sam sięgał po nią bardzo rzadko. Jej zwolennikom radził jednak, jak należy pić. Przede wszystkim niewiele - najwyżej 150 g dziennie. Nie zmrożoną, lecz najlepiej o temperaturze 15 st. I w żadnym wypadku nie jednym haustem (Rosjanie mówią "załpom", czyli salwą), tylko małymi łyczkami.

Rodacy tę ostatnią radę przyjęli po swojemu i często mówią: "alkohol pity małymi dozami jest nieszkodliwy w każdych dużych ilościach".

To, że dopiero Mendelejew opracował i opatentował formułę wódki idealnej, wcale nie znaczy, że przed nim w Rosji nie pito. Pito zawsze. Car Piotr I, sam alkoholik, kazał swoim żołnierzom wydawać codziennie 1,5 l "wina zbożowego", słabego, bo 18-proc. samogonu. Jego dzielna i zwycięska w wielu bitwach armia chodziła więc wiecznie pijana, tak samo jak jej dowódca.

Również od dawna walczono w Rosji z alkoholizmem. Już caryca Katarzyna próbowała ucywilizować rosyjskie picie, ograniczając produkcję trunków.

Na tym polu najbardziej zapisał się jednak Michaił Gorbaczow, wprowadzając w 1985 roku tzw. suchoj zakon, czyli prohibicję po radziecku. Kazał likwidować gorzelnie, wycinać winnice, ograniczał handel. Rodacy, którzy do dziś szydzą z Gorbaczowa i jego prohibicji, zapominają, że w czasach "suchego zakonu" średnia długość życia mężczyzn wzrosła o cztery lata i że wtedy w Rosji rodziło się ludzi więcej, niż umierało. Szkoda, że zapominają też o radach uczonego Mendelejewa, który uczył, że pić należy niewiele i małymi łyczkami...

9.02.2006

Wydaną właśnie przez Agorę S. A. książkę Wacława Radziwinowicza "Gogol w czasach Google" można już kupić w księgarniach oraz

w wersji elektronicznej - TUTAJ

DOSTĘP PREMIUM